| Kolarstwo / Kolarstwo torowe
W trakcie igrzysk w Paryżu reprezentanci Polski pokażą się na welodromie w ośmiu konkurencjach. Aż ośmiu, biorąc pod uwagę, na jakie przeszkody natrafiali nasi kadrowicze podczas kwalifikacji. – Kolarstwo torowe jest w pełni zależne od funkcjonowania związku. A nasz w tej chwili praktycznie nie istnieje – mówi Daria Pikulik, brązowa medalistka mistrzostw świata z 2020 roku. W rozmowie z TVPSPORT.PL opowiedziała o zgrupowaniach za własne pieniądze, niepewności przed wylotami, potrzebie nowego sprzętu, ale też sukcesach na szosie i nadziejach na przyszłość.
👉 Reprezentacja Polski na igrzyska w Paryżu. Sprawdź, kto ma zapewnioną kwalifikację
Dawid Brilowski, TVPSPORT.PL: – W jakim miejscu znajduje się w tej chwili polskie kolarstwo torowe? Lepszym niż przed igrzyskami w Tokio?
Daria Pikulik: Zdecydowanie nie. Gdy łączy się je z treningami na szosie, nie jest jeszcze tak źle. Część przygotowań odchodzi tam. Natomiast, gdy jest się wyłącznie na torze, jest się zależnym w pełni od funkcjonowania związku. Trzeba na nim polegać. A nasz związek w tej chwili praktycznie nie istnieje.
Poznałam już trochę kolarstwo, wiem jak to jest funkcjonować w profesjonalnym teamie. I z tej perspektywy jeszcze bardziej widzę, że to, co dzieje się u nas to torze, to porażka. Sama przecież długo byłam tylko kolarzem torowym, żyłam ze stypendium. A teraz był czas, gdy przez cztery miesiące tego stypendium nie mieliśmy. Przez cztery miesiące ludzie z naszej ekipy, członkowie sztabu, po prostu nie dostawali wypłat. A to osoby mające przecież swoje życia, domy, rodziny. Nie do pojęcia. Dopiero po Kanadzie (Pucharze Narodów w Milton - przyp. red.) coś ruszyło. Doszli do porozumienia, że finansowanie będzie fakturowane przez Wielkopolski Związek Kolarski. I to chyba dobre wyjście. Kiedyś już tak było i funkcjonowało to całkiem nieźle. W każdym razie coś się dzieje, pieniądze zaczęły płynąć. I mam nadzieję, że zostaną nam zwrócone.
– Zwrócone?
– Na przykład za zgrupowanie w Sierze. Żeby na nie pojechać, musiałam wyłożyć z własnej kieszeni. Teraz czekam. Zostało powiedziane, że związek zwróci nam te pieniądze, ale na koncie nadal ich nie mam. Nie uwierzę, póki nie zobaczę.
– Ile kosztowało cię to zgrupowanie?
– Mniej więcej 18 tysięcy złotych.
– Nie każdy ma takie pieniądze do wydania ot tak. Co by się stało, gdybyś nie miała?
– Nie wiem. Mam szczęście, że mogę na tę całą sytuację patrzeć z perspektywy zawodniczki mającej kontrakt w kolarstwie szosowym. W World Tourze jest dość wysoka kwota minimalna, szczególnie po zrównaniu kobiecej z męską. Dzięki temu mam komfort. Ale gdybym znalazła się w takiej sytuacji przed igrzyskami w Tokio, nie byłabym w stanie zapłacić. Wydaje mi się, że dziś 3/4 kolarzy w Polsce by nie było. Dlatego bardzo doceniam to, w jakim położeniu jestem. Mogę przygotowywać się ze swoim trenerem, według tego, co sobie założyliśmy. Ale mimo wszystko: to frustrujące. I jeżeli związek nie zwróci mi tych pieniędzy, będę bardzo niezadowolona. Wtedy będę rozmawiać zupełnie inaczej.
– Masz na myśli wejście na ścieżkę sądową?
– Nie, zupełnie o tym nie myślałam. Uważam po prostu za niedopuszczalne, żeby reprezentant Polski, będący w kadrze olimpijskiej i szykujący się do igrzysk, nie miał zapewnionych podstawowych rzeczy. Jako kolarze potrzebujemy chociażby zgrupowania wysokościowego, a tego nie da się zrobić wszędzie. Spędzamy po 5-6 godzin dziennie na treningu. Trudno wykonać plan bez wyjeżdżania w cieplejsze miejsca, chociażby zimą. Jako członkini kadry olimpijskiej uważam, że porządne zgrupowania to minimum, jakie związek powinien zapewnić.
– Czego jeszcze brakuje?
– Teraz, gdy pieniądze już ruszyły, pojawił się temat rowerów. Sprzęt to, przynajmniej tak mi się wydaje, też podstawa. Jeżdżę na dwu czy trzyletnim rowerze i chciałabym go zmienić. To niby detal, ale znaczący. Chciałabym taki rower, jaki mają zawodnicy ścigający się o medale. Ostatnio Look wydał model podobny do roweru Hope, na którym jeżdżą Brytyjczycy, uchodzący za najszybszy na świecie. Gdyby nasze przygotowania wyglądały tak, jak u każdej innej czołowej kadry, mogłabym sobie taki kupić i spróbować się przestawić. Bo oczywiście to nie takie proste, że kupuję, wsiadam i jadę. Każdy ma inną geometrię. Trzeba sobie dopasować kierownicę, siedzenie, wypracować nową pozycję. A to zajmuje sporo czasu. Rower torowy ma zupełnie inną specyfikę niż szosowy, na którym pozycja nie ma aż takiego znaczenia aerodynamicznego.
Więc fajnie, że zaczęliśmy mówić o kupnie roweru, ale chyba trochę za późno. Oczekiwanie na taki trwa pewnie z miesiąc, więc gdy przyjdzie zostaną jeszcze dwa do igrzysk. To mało. Być może zbyt mało, żeby się przestawić i znaleźć odpowiednią pozycję. Jak w takiej sytuacji mamy czuć się dobrze w zestawieniu z innymi reprezentacjami, z którymi mamy rywalizować? Mamy świadomość, że jesteśmy na ich poziomie, ale nie mamy warunków, żeby im dorównywać.
– Jak dużo daje sprzęt?
– Wiadomo, że rower sam nie pojedzie. Ale porównując sprzęt, jakim dysponują Brytyjczycy, a jaki mam ja, to kolosalna różnica. I nie było czasu na zmianę. Od końcówki roku byliśmy bez finansowania. Co nie dzwonię, to nic nie wiadomo. W takich właśnie warunkach szykujemy się do najważniejszej imprezy czterolecia.
Robimy wszystko, co możemy. Ja z Wiktorią (siostra Darii Pikulik – przyp. red.) i naszym trenerem, staramy się trochę od tego odciąć. Wykorzystać nasze możliwości z szosy i nie przejmować się za dużo. Ale to strasznie przykre, gdy lecę do Kanady i widzę jak reagują nasi sprinterzy, którzy nie załapali się na igrzyska praktycznie tylko dlatego, że nie polecieli do Hongkongu. Ktoś jest ograbiany z marzeń tylko dlatego, że ma nieudolny związek i jest z Polski. Trudno udawać, że tego nie ma. Choć staram się skupić na przygotowaniach. Zaraz w maju znowu się ścigamy, w czerwcu jedziemy na kolejne zgrupowanie do Sierry na trzy tygodnie...
– Tym razem już za pieniądze związkowe?
– Tak. Trener mówił, że teraz pieniądze już będą.
– Mówiłaś o warunkach przygotowań. A jak to wygląda z welodromem w Pruszkowie? Możecie z niego korzystać?
– Tak, ale my jako kadra też opłacamy nasze treningi. Więc to oczywiście nie tak, że możemy tam sobie wejść kiedy chcemy. Choć to akurat chyba naturalne. Natomiast, mamy piękny, szybki tor. A przy okazji tak zaniedbany i brudny, że żal patrzeć. Ostatnio czytałam, że zrobili tam jakieś wystawy ptaków...
– Zapewne tor musi coś organizować, żeby się utrzymywać.
– Ale wystawy ptaków? Tego typu imprezy nie mają prawa mieć miejsca na obiekcie sportowym. Później jedziesz na trening i wdychasz kurz i wszystko, co się nagromadzi. Rozumiem, że tor ma problemy, coraz bardziej się zadłuża, nie ma pieniędzy i musi mieć z czego żyć. Ale on miał być przecież dla nas, kolarzy. Jeśli chcemy mieć wyniki na poziomie, posiadanie własnego toru w kraju to podstawa. Jak mamy przygotować się do igrzysk w obiekcie, który jest tak zaniedbany, brudny i dla mnie – alergiczki – po prostu męczący. Po tygodniu treningów tam, mam problemy, żeby normalnie funkcjonować. Rozmawiałam już zresztą o tym z trenerem. Rozważamy, czy tuż przed igrzyskami nie wybrać się na przykład na Litwę, gdzie tor jest czysty i zadbany. W przeszłości wiele razy po treningach w Pruszkowie źle się czułam. Nie chcę ryzykować, że rozchoruję się na najważniejszą imprezę czterolecia.
– To co mówisz brzmi katastrofalnie. Skąd akurat teraz tak fatalna sytuacja? Przecież związek w podobnej kondycji jest od lat (w 2017 roku ówczesny minister sportu Witold Bańka wstrzymał finansowanie, a pieniądze przestały płynąć z ministerstwa bezpośrednio na konto związku. Od tej pory związek potrzebuje "pośrednika" – przyp. red.).
– Wydaje mi się, że problem jest w komunikacji: między naszym zarządem a ministerstwem i między zarządem a nami. Dobrze wiemy, że bez ministerstwa czy bez PKOl-u nie jesteśmy w stanie funkcjonować. A zarząd, w moim odczuciu, nie potrafi uzgodnić z nimi najważniejszych kwestii.
Mamy zawodników, którzy są w stanie realnie walczyć o medale olimpijskie. I z takim potencjałem nie mamy nawet sponsorów. Kiedyś był Orlen. Już go nie ma. Pojawił się niby InPost. Gdzie on jest? Nie widziałam nigdy żadnego InPostu. Żeby kolarstwo torowe normalnie funkcjonowało, potrzebne są pieniądze. Bez porozumienia zarządu z ministerstwem, nigdy ich nie będzie.
– Dla mnie, osoby spoglądającej na sytuację z boku, pierwszym momentem, w którym pomyślałem, że jest bardzo źle, był Puchar Narodów w Hongkongu. Poleciały tam tylko sprinterki.
– Tylko dlatego, że klub opłacił im ten wyjazd.
– Ciebie w Hongkongu zabrakło.
– Odkąd jeżdżę na szosie, mam trochę inną perspektywę. Inaczej układa mi się plan na sezon. Po mistrzostwach Europy poleciałam na zgrupowanie z moim teamem i rozpoczęłam starty. Od początku założenie było takie, że do Hongkongu nie polecę. Nastawiałyśmy się z siostrą wyłącznie na Milton. O ile Hongkong był za drogi, żeby ruszać tam za swoje, bo nikt nie jest w stanie z marszu wyczarować kilkudziesięciu tysięcy złotych, o Kanadzie myślałyśmy inaczej. Przeszło mi przez myśl, że jeśli związek nie da rady, sama to sobie opłacę. I znów: to mój przywilej. Dzięki kontraktowi z szosy mogłabym sobie na to pozwolić, zawodnicy żyjący ze stypendiów już nie.
– Lot do Milton był ostatecznie finansowany przez trenerów?
– Nie jestem pewna. Chyba już nie, a jeśli tak, te pieniądze zostaną im zwrócone. Na pewno nastroje były bojowe. Na tydzień przed wylotem trener Ratajczyk powiedział: "dobra, lecimy, w razie co, to ja wyłożę pieniądze". Ja też, jak wspomniałam, byłam gotowa na taki wariant. Już układałam sobie w głowie: lot na dwa dni przed madisonem, start i powrót zaraz później.
– Na takim jet lagu byłoby trudno o pozytywny wynik.
– Na szczęście miałyśmy dobrą sytuację punktową. Dzięki wynikom z poprzednich miesięcy musiałyśmy praktycznie wystartować i ukończyć wyścig, żeby wziąć kwalifikację olimpijską. Zabrać mogła nam ją tylko jakaś sensacja, na przykład zwycięstwo Czeszek. Tak czy siak tamten tydzień niesamowicie obciążył mnie psychicznie. Widziałam, jak ludzie pracujący w związku, jak nasi sprinterzy to przeżywali. Same negatywne emocje. I wcale im się nie dziwię, bo taka jest właśnie nasza rzeczywistość: totalnie do kitu.
Ja wiem, że ja mam w miarę dobrą sytuację: załapałam się na igrzyska, podpisałam dobry kontrakt, ścigam się na poziomie World Touru, żyję tak, jak chciałam. Ale jeszcze kilka lat temu byłam tylko na torze, żyłam wyłącznie ze stypendium. Gdyby tak było ciągle, dziś nie dałabym rady. Jest mi przykro, że niektórzy muszą się z taką sytuacją zmagać.
– Mamy kwalifikację dla Polski i w madisonie, i w omnium. Wystartujesz w obu tych konkurencjach? Kiedy poznamy imienne nominacje?
– Myślę, że nie zdradzę wielkiej tajemnicy mówiąc, że wystartuję w obu konkurencjach. Madisona pojedziemy z siostrą. Nasze ostatnie wyniki są bardzo dobre, na mistrzostwach świata medal uciekł nam w zasadzie przez to, że sędziowie odstrzelili wyścig dwie rundy do końca. Na omnium też bardzo się nastawiam.
– Jak w tej sytuacji będzie wyglądała wasza ostatnia prosta do igrzysk?
– Teraz mamy napięty grafik na szosie. W maju czeka mnie ściganie w Belgii, Holandii, Wielkiej Brytanii. W czerwcu zjeżdżam z powrotem na tor, prawdopodobnie wezmę udział w zawodach w Londynie. Mam nadzieję, że podczas nich przetestujemy nowe rowery. Później jeszcze parę startów szosowych, mistrzostwa Polski, zgrupowanie w Sierze, o którym wspominałam wcześniej. A po nim do Belgii, na Baloise. To płaski i szybki wyścig, "rozbuja" nogę. I znowu na tor, gdzie spędzę ostatnie dwa tygodnie przed igrzyskami.
Z doświadczenia wiem, jak wygląda tor w Paryżu i dojazd do niego. Ścigałam się tam wiele razy. To miejsce mocno oddalone od wioski. Z tego powodu stwierdziliśmy, że chcemy do Francji jechać jak najpóźniej, na kilka dni przed samym startem. To już czas, w którym nie można nic poprawić, a można sporo zepsuć. Wolę spędzić kilka dodatkowych dni w Polsce niż w wiosce, w której ma ponoć nie być klimatyzacji i gdzie znowu czekają nas te kartonowe łóżka, jak w Tokio.
– Niewygodne?
– Bardzo. Do tego w Tokio materace też nie były jakieś super. Gdy doszedł przedstartowy stres, spało się bardzo mało komfortowo.
– W ostatnim czasie odnosiłaś sukcesy na szosie. Na igrzyskach Polska ma trzy miejsca w kobiecym wyścigu. Liczysz, że jedno może przypaść tobie?
– Już od poprzedniego sezonu coś ruszyło, odkryłam się na szosie. To fajnie, że zajmuję wysokie miejsca w wyścigach worldtourowych. Dobrze czuję się w teamie, o czym świadczy też to, że niedawno przedłużyłam kontrakt. Ale co do igrzysk, powiem tak: jestem w szerokiej kadrze, ale szczerze nie czuję się przekonana, czy taki start byłby dla mnie dobry. Numerem jeden jest tor. Tam jestem w stanie wywalczyć więcej i na tym chcę się skupić.
– Gdyby zapytali cię wprost: "czy chcesz wystartować na szosie", odmówiłabyś?
– Jak mam już brać udział w wyścigu, to nie chcę tam jechać, żeby rozwozić bidony albo żeby zamykać stawkę. A jeśli na igrzyskach chciałabym po coś pojechać, wiązałoby się to z tym, że musiałabym być na miejscu kilka dni wcześniej, zrobić rekonesans trasy, jakieś wprowadzenie, "wyświeżyć" się przed. Straciłabym przez to kilka dni treningowych. Nie wiadomo nawet, czy przełożyłoby się to na coś dobrego. W końcu ja dopiero poznaję szosę. Wydaje mi się, że na dziś minusy przeważają. Nigdy nie mów nigdy, ale... chyba masz odpowiedź.
– A nie myślałaś w kontekście późniejszej kariery o tym, żeby się "przebranżowić"? Skoro na szosie są pieniądze, a na torze nie ma?
– Myślę, że tak właśnie będzie. Już rozmawiałyśmy z siostrą, że po igrzyskach zrobimy sobie przerwę od toru. Nie wystartujemy już w najbliższych mistrzostwach świata.
– Ale to przerwa, niekoniecznie koniec?
– Myślę, że na jakieś dwa lata postawimy tylko na szosę. A to, co dalej, będzie zależało od wyglądu trasy na igrzyskach w Los Angeles. Te igrzyska będą dla mnie raczej ostatnimi. Cały czas moim największym marzeniem jest olimpijski medal. Mam nadzieję, że zdobędę go w Paryżu, ale jeśli nie, w Los Angeles ostatnia próba. Gdy zobaczę jak ułożona jest trasa zadecyduję, czy próbuję na szosie, czy wracam na tor.
– Tak szczerze: przy tym całym zamieszaniu wierzysz, że jesteś w stanie zdobyć medal w Paryżu?
– Wierzę. Wiem, ile poświęciłam, żeby się przygotować. Wiem, jak walczyłam, żeby tu być. Wiem, na co mnie stać. Po przyjeździe do Kanady zrobiłam dwa luźne treningi przed startem i skończyłam omnium na czwartym miejscu. Z marszu. Dzięki treningom na szosie czuję się znacznie mocniejsza. Mój poziom systematycznie wzrasta. Ufam trenerowi. Staram się zachować spokój, nie narzucać presji, ale tak: naprawdę wierzę, że jadę do Paryża po medal.
***
W przyszłym tygodniu o sytuacji PZKol oraz przygotowaniach do igrzysk będziemy rozmawiać z przedstawicielami federacji.
👉 Kwalifikacje olimpijskie w wielu dyscyplinach trwają. Sprawdź kto, gdzie i jak ma szansę dostać się na igrzyska
👉 "Kopciuszek" może zdobyć olimpijski medal. Po raz pierwszy w historii
👉 Polacy zrobią to po raz pierwszy. Dom, a w nim swojskie jedzenie, kultura, artyści