Choć jeszcze niedawno Kamil Grabara drwił z czekającego na powołanie Rafała Gikiewicza, to teraz znalazł się w podobnej sytuacji. Odkąd selekcjonerem reprezentacji Polski został Michał Probierz, bramkarz Wolfsburga nie dostał ani jednej szansy. I wszystko wskazuje na to, że jeszcze długo jej nie dostanie.
Jakiś czas temu Grabara wspominał bowiem, że nie chce być powoływany do kadry tylko po to, by spotykać się z kolegami. Jeśli ma co jakiś czas stawiać się na zgrupowaniach, to wyłącznie w jednym celu – by stać między słupkami.
Probierz najwyraźniej zapamiętał tę wypowiedź, akceptując przy okazji kontrowersyjną decyzję bramkarza. Odkąd został selekcjonerem, nie powołał Grabary ani razu. Nie mógł mu przecież zagwarantować bluzy z numerem jeden.
Początkowo "jedynką" pozostawał Wojciech Szczęsny, a jego naturalnym następcą wydawał się Łukasz Skorupski. Po zakończeniu kariery przez pierwszego z nich w walkę o miejsce między słupkami włączyli się jednak Marcin Bułka, Bartłomiej Drągowski i Bartosz Mrozek.
Selekcjoner nie miał zamiaru faworyzować któregokolwiek z nich – nawet Skorupskiego. Od razu zasugerował, że szansę – w mniejszym lub większym stopniu – dostanie każdy.
Takie ustalenia z pewnością nie spodobały się Grabarze, który zamiast rotacji w bramce, wolałby – po prostu – postawienie na konkretnego golkipera. W takim przypadku miałby szansę na jakąkolwiek rywalizację. Przy obecnym systemie wdrożonym przez Probierza – nie do końca.
Sam pozbawił się bowiem możliwości pokazania swoich umiejętności na treningach. Być może gdyby przerastał na nich swoich konkurentów do gry w pierwszym składzie, to selekcjoner uczyniłby go upragnioną "jedynką". Ale tego najpewniej się nie dowiemy.
Bez kontekstu selekcjoner nie jest w stanie zadecydować, czy Grabara zasługuje na miejsce w bramce. Nie widział go przecież na zajęciach i nie wie, co jest w stanie zaoferować. Jedyne, co może zrobić, to obejrzeć go w klubie.
Zarówno Probierz, jak i trener bramkarzy – Andrzej Dawidziuk – z pewnością zobaczyli Grabarę na boiskach Bundesligi. Ich wnioski musiały być jednak bolesne dla bramkarza Wolfsburga. Bo skoro nie dostał powołania, to znaczy, że nie zasługiwał na bluzę z numerem pierwszym.
A czy – przy innym podejściu do reprezentacji – powinien znaleźć się w ogóle w gronie powołanych? Statystyki z tego sezonu są dla Grabary równie przykre, co ocena Probierza i Dawidziuka. W tegorocznych rozgrywkach lepiej od konkurentów prezentował się tylko w kilku aspektach.
Pierwszym z nich były dalekie wykopy piłki. Grabara, w przeciwieństwie do Bułki, Mrozka czy Skorupskiego, nieustannie rozpoczynał grę długimi podaniami. Posyłał ich więcej nawet od zaprawionego w takim stylu gry Drągowskiego.
Co więcej – wykopywał je na najdalszą odległość. Gdyby selekcjonerem reprezentacji Polski wciąż był Czesław Michniewicz, to taki sposób rozpoczynania ataków byłby w cenie. Probierz ma jednak inne podejście – woli krótkie podania. A w tych Grabara ustępował konkurentom.
Najlepszy był za to w interwencjach poza własnym polem karnym – najczęściej notował przechwyty i odbiory. Przy stosowanym przez Probierza wysokim pressingu był to jego zdecydowany atut.
Poza tym mógł pochwalić się... najgorszymi kolegami z zespołu. Jego obrońcy dopuszczali rywali do największej liczby sytuacji podbramkowych – średnio 1,5 gola oczekiwanego na mecz. W kadrze czułby się więc jak w domu.
Choć przy tak mizernej defensywie bramkarz mógł błyszczeć, to Grabara niekoniecznie z tego korzystał. W statystykach typowo bramkarskich ustępował powołanym kolegom. Tracił średnio 1,35 gola na mecz, co było najgorszym wynikiem.
Pomimo nieszczelnej defensywy nie mierzył się też z największą liczbą strzałów. Bo choć obrońcy Wolfsburga dopuszczali rywali do najbardziej jakościowych sytuacji, to więcej pracy od Grabary mieli Bułka czy Drągowski. Obaj popisywali się przy tym lepszą średnią obronionych strzałów i uchronili swoje zespoły przed większą liczbą straconych bramek.
W tej statystyce brylował zwłaszcza Bułka, który wyrósł na najskuteczniejszego bramkarza w Europie. Według danych opublikowanych na portalu fbref.com zapobiegł w tym sezonie utracie ponad pięciu bramek. Takim wynikiem nie mógł pochwalić się żaden inny bramkarz z pięciu najsilniejszych lig Europy.
Co więcej, tylko Mark Flekken i Joan Garcia obronili więcej strzałów od niego, a Brice Samba, Alisson, Leo Roman i Peter Gulacsi byli jedynymi, którzy mogli pochwalić się lepszą średnią obronionych uderzeń.
Statystycznie to Bułka był najlepszym polskim bramkarzem w ligach top 5. Występujący w nieco słabszej lidze greckiej Drągowski deptał mu za to po piętach. Grabara plasował się gdzieś na trzecim lub czwartym miejscu w klasyfikacji. O powołanie walczyć musiałby więc z Mrozkiem i Skorupskim.
Pierwszy z nich prezentował się podobnie do niego, ale występował w gorszej lidze. Drugi – według liczb – był za to słabszy. Grabarę przebijał jedynie w liczbie wyjść do górnych piłek i celności długich wykopów.
Co ważniejsze – w przeciwieństwie do niego kadrę zawsze stawiał na pierwszym miejscu. Choć przez lata musiał godzić się z rolą rezerwowego, to z chęcią przyjeżdżał na każde zgrupowanie. A gdy tylko dostawał szansę, to nie zawodził.
Czy Grabara byłby skłonny do takich wyrzeczeń? Jego wypowiedzi sugerują, że niekoniecznie. I choć to jego Szczęsny namaścił na swojego następcę, to w najbliższej przyszłości trudno będzie o spełnienie tej przepowiedni.
Bo choć Grabara prezentował się w Wolfsburgu na tyle dobrze, by zasłużyć na powołanie, to nie na tyle dobrze, by zmieść konkurencję. Do miana "jedynki" wciąż mu daleko. I dopóki się to nie zmieni, to próżno wypatrywać go w reprezentacji.