Bohater eliminacji do mistrzostw Europy 2016 zakończył niedawno karierę piłkarską. Od futbolu jednak nie ucieka i szykuje się do pierwszego wyjazdu na mundial. Z ekspertem Telewizji Polskiej rozmawiał Jerzy Chromik.
Sebastian Mila: – Wybierasz się do Rosji?
Jerzy Chromik: – W moim wieku? Włochy 1990 to był mój czas...
– Piękne czasy. Italię 90 pamiętam jak przez mgłę. Mistrzostwa 1994 kojarzę zdecydowanie lepiej.
– Zobacz, ile nas dzieli. Ja dobrze pamiętam już finał z 1966 roku w Anglii. Pierwszy i ostatni raz byli mistrzami...
– Teraz mają ogromny problem. Nie są w stanie wskoczyć na odpowiedni poziom.
– Za dużo jest tam obcokrajowców. Miejscowi nie mają się jak pokazać w ligowej rywalizacji. Podobnie, jak u nas. Tylko, że w polskiej lidze zagraniczni piłkarze są... słabi.
– I jak to wspominasz?
– Byłem niedaleko drużyny. Podglądałem treningi. Słuchałem ich opowieści. Przekazywali, jak się czują i jakie emocje im towarzyszą.
– Sprawdziłeś się podczas EURO…
– Myślisz, że było dobrze?
– Środowisko się zachwycało. Przed kolejną wielką imprezą zgłosiła się TVP. Było więcej propozycji?
– Miałem kilka innych możliwości.
– Internet?
– Tak. Rozmawiałem z "Przeglądem Sportowym". Mieliśmy kilka pomysłów.
– Na Woronicza dostałeś propozycję bycia na wyłączność?
– Jadę z ekipą telewizyjną do Soczi. Podpisałem umowę.
– Jako piłkarz odmówiłeś kiedykolwiek wywiadu?
– Nie.
– Co cię drażniło? Kwestie prywatne, czy pytania o sprzedawane mecze?
– Na szczęście nie miałem nietaktownych pytań. Najbardziej irytowało mnie, że dziennikarze często dążyli do tego, bym krytykował kolegów z drużyny. Chcieli się dowiedzieć czegoś z szatni. Nie mogłem tego zdradzać. Drużyna była dla mnie zawsze najważniejsza.
– A były podejrzenia, że ktoś "wynosił" informacje?
– Zdarzało się. Rozmawialiśmy na ten temat. Chcieliśmy zapobiegać takim sytuacjom.
– Miałeś takie sytuacje z pięć razy?
– Więcej.
– Jak się wtedy rozmawia z takim delikwentem?
– Stosowaliśmy różne metody. Przede wszystkim psychologiczne. Mówiliśmy ciszej, gdy taka osoba pojawiała się w szatni.
– Robiło mu się głupio?
– Oczywiście. Zdarzało się, że piłkarz miał dobre relacje z dziennikarzem i chciał je utrzymywać. I wielokrotnie informował go o czymś, o czym nie można było mówić.
– Z tym miałeś największy kłopot?
– Nie mogłem pozwolić, by cierpiała przez to drużyna. Robiła się bowiem napięta atmosfera.
– A trenerzy, którzy mówią za dużo dziennikarzom?
– To największy problem.
– Ostatnim przykładem był Romeo Jozak z Legii.
– Wiedziałem, że ta historia szybko się skończy. Legia takich rzeczy nie wybacza. Trener jest częścią układanki i powinien być wzorem. Jeśli szkoleniowiec coś robi, to zawodnicy również mają na to przyzwolenia. Może w mniejszym stopniu, ale zawsze.
– Miałeś kłopot z nazwiskiem?
– Długo nie miałem żadnej ksywki. Każdy zwracał się do mnie po nazwisku. Na boisku najfajniejsze było Roger. Pojawiło się w Gdańsku. Chodziło oczywiście o Rogera Millę.
– A później?
– "Milowy".
– A kiedy najbardziej "kochano" Milę? Po golu z Niemcami?
– Myślę, że tak. Nie broniłem się przed mediami. Cieszyłem się razem z nimi.
– Jest coś, czego nie powiedziałeś jeszcze o tym golu?
– Mogę dodać, że kiedy masz trzydzieści trzy lata, to nie wierzysz, że taki gol może się przytrafić. Kiedy powtarzam, że tamta bramka jest nas wszystkich, to niektórzy myślą, że mówię pod publikę. Tak nie jest. Siostra mówiła mi, że obcy rzucali się sobie w ramiona. To była i jest bramka nas wszystkich!
– Mecz był równie ważny.
– Oczywiście. Gdyby dziennikarze nie napisali, że to historyczne spotkanie, wyglądałoby to inaczej. Przypisano mi sukces. Ranga wydarzenia była duża.
– Ostatniego gola w reprezentacji strzeliłeś w meczu z Gruzją.
– Ciężko się tam grało… Była zimno. Strefa czasowa przesunięta o dwie godziny. W życiu nie pomyślałem, że może to mieć takie znaczenie. Od razu byliśmy rozregulowani. Dobrze, że mieliśmy trzy dni na dostosowanie się do warunków.
– W Rosji jest jedenaście stref czasowych…
– Mam inną ciekawostkę. Czytałem, że w Rosji jest szesnaście tysięcy osób powyżej setnego roku życia. Z tego sześć tysięcy jeszcze pracuje albo musi pracować. Niewyobrażalna historia. Niesamowita statystyka.
– A w takiej Moskwie jest 4,5 miliona nielegalnych emigrantów.
– Sporo. Jak oni to robią? Kto to?
– Pochodzą głównie z byłych republik, ale poruszmy wreszcie temat finałów. Jak widzisz występ Polaków? Zgadzasz się ze mną, że grupa jest tak dobra, że żal z niej będzie wychodzić?
– Uważam, że wyjście z grupy jest zarazem minimum, jak i maksimum. Mamy trudną grupę, choć nie lubię tego określenia. Nie mogliśmy się spodziewać czegoś innego.
– Najgorsze jest to, że rywale są pozornie "łatwi".
– Kibice źle do tego podchodzą. W Senegalu cała pomoc jest z Premier League. Oczywiście nie z topowych drużyn, ale liczy się fakt.
– Przegrany pierwszy mecz w takim turnieju to koniec marzeń.
– Myślę, że wyjście z grupy będzie czymś fantastycznym, co nas nakręci.
– Ostatnie EURO. Mieliśmy szansę nawet na finał. To się już nie powtórzy...
– Futbol to nieskończoność. Nigdy nie wiadomo, co może nas jeszcze zaskoczyć. Teraz pamiętamy o błędach. To tak samo, jakby mówić, że w przedostatnim sezonie Lechii brakowało gola do mistrzostwa. Lechia miała taką samą szansę zdobyć tę bramkę, jak Polska zagrać w finale.
– Adam Nawałka nie kazał walczyć o drugiego gola w meczu z Portugalią?
– Nie słyszałem nic takiego.
– Taka fama krąży po Warszawie.
– Może lekko się wycofaliśmy się i to był błąd. Ale nie da się meczu grać na takim poziomie przez 90 minut. Trzeba znaleźć krótki czas na odpoczynek w grze.
Może lekko się wycofaliśmy się i to był błąd. Ale nie da się meczu grać na takim poziomie przez 90 minut. Trzeba znaleźć krótki czas na odpoczynek w grze.
– To nie kwestia psychiki?
– Nie. Kazałbyś sprinterowi biec na maksa za metą? Po strzeleniu gola przychodzi chwila, że chcesz się nim nacieszyć. Nieraz trener każe odpuścić lub "iść" za ciosem. Zależnie od tego, jak wygląda mecz. Sytuacja bywa momentami zaskakująca. Decydują akcje w poszczególnych sektorach boiskach. Grają niewytłumaczalne detale.
– Łatwo mówić tym, którzy widzą grę z daleka.
– Właśnie. Tłumaczyłem kibicom, że to nie jest takie proste.
– Pewnie denerwowało cię, że komentatorzy, którzy nigdy nie grali na poważnie w piłkę mówili, że zmarnowałeś okazję, a piłka leciała na wysokości kolana…
– Dlatego podoba mi się "mieszanka" dziennikarza z piłkarzem. Taki gość potrafi zaciekawić odbiorcę innymi historiami, nie tylko tymi dotyczącymi boiska. Oglądając mecz czekam na informacje dotyczące danego piłkarza. Chcę wiedzieć, czy zawodnik pomaga dzieciom, bierze udział w akcjach charytatywnych...
– A tam toczy się w najlepsze gra...
– Niekoniecznie podczas gry. Chodzi mi o rzeczy związane z życiem piłkarzy. Jeśli komentator powie, że Messi przed meczem musiał pojawić się w Argentynie z powodów osobistych, to wiem, dlaczego akurat tym razem gra słabiej. Od razu inaczej oceniam jego grę.
– Jak duży masz telewizor w domu?
– Bodaj 74 cale. Kocham oglądać sport. Śledzę boks, MMA. Lubię też żużel. Nauczyłem się go. Posłuchałem znających temat. "Zajarzyłem" o co chodzi.
– Dogłębne analizy taktyczne nie powinny ci sprawiać kłopotu.
- Jest mi łatwiej. Mimo to boję się, jak będzie. Kiedy miałem przerwę w grze to wszystko co napisałem, było odbierane źle. Mogłem przeczytać: "Nie grasz przecież od roku. Co ty możesz wiedzieć?". Kupiłem kwiaty dla żony i też czytam: "Ale ty nie grasz od roku…". Fajnie byłoby, gdyby ludzie umieli się przyznawać do błędów. Chcę tak funkcjonować. Nawet jeśli się mądrzę, to potrafię wypowiedź po czasie przemyśleć i skorygować.
– Jak z poczuciem humoru? Dziennikarstwo ma przecież coś z kabaretu...
– Wiedziałem, że to trudny zawód. Praca dla inteligentnych. Trzeba poprawnie pisać, dobrze się wysławiać. Jeszcze bardziej doceniłem tę robotę podczas mistrzostw Europy, obserwując profesjonalistów. Żarty były na wysokim poziomie. Inne niż te w szatni. Nie mówię jednak, że jedne albo drugie były lepsze, bądź gorsze. Są po prostu inne. Byłem zaskoczony podzielnością uwagi dziennikarzy. Kiedy rozmawiałem z Przemysławem Rudzkim to on jednocześnie pisał tekst i odpowiadał na moje pytania. Poznałem dzięki temu kolejne tajniki. Jeśli sam coś piszę, to zamykam się w pokoju. Nie chcę, by mi przeszkadzano.
– W redakcjach bywa tak, że jeden pisze, a drugi za nim stoi i czyta zza pleców.
– Dlatego doceniam dziennikarzy. We Francji dużo podróżowaliśmy. Mecze kończyły się po 22. Zanim wszyscy napisali teksty i je wysłali mijały dwie godziny. Potem wracaliśmy do pokoju. Wstawaliśmy o 8:30, żeby zdążyć na konferencję prasową o 10. Znów pisanie kolejnych tekstów. Rozmowy z piłkarzami. Tempo naprawdę szalone.
– Kobieta w życiu piłkarza...
– To bardzo ważna kwestia. Zawsze mówiłem, że za facetami stoją silne kobiety. Niby możemy być twardzi, ale one są nie do przecenienia. Bywa tak, że piłkarz gra gorzej, bo nie układa mu się w życiu prywatnym. Kiedyś zwróciłem uwagę kibicowi, który krytykował gracza, a nie znał jego przeżyć rodzinnych.
– W dziennikarstwie, jak w każdym fachu, trzeba spotykać dobrych. Staram się pomagać młodym, bo pamiętam, że Maciek Biega i Krzysiek Wągrodzki mieli czas dla mnie i dzięki nim jestem kim jestem...
– Mam podobnie. Kiedy dostawałem miejsce w drużynie, to chciałem podziękować starszym za dobre rady i jakoś się odwdzięczyć. Teraz kiedy piszę coś na Twitterze, to potem dostaję prywatne wiadomości od młodszych zawodników. Dziękują za wiele rzeczy. To wspaniałe uczucie.
– Na Twitterze sobie radzisz.
– Aj tam… w mediach społecznościowych to trochę "Kali pić, Kali jeść".
– Ale piszesz z humorem…
– Staram się. A nie uważasz jednak, że na TT za mało się żartuje?
– Zdecydowanie. Za to wszyscy się chwalą tym, co napisali lub powiedzieli.
– Pewnych rzeczy się nie robi. Albo ma się olej w głowie, albo się nie ma. Ty jesteś przykładem. Bycie dobrym dziennikarzem to nie takie "hop siup". Cieszę się, że mogę z tobą rozmawiać. Tego potrzebowałem.
– Twitter jest do poznawania ludzi wartościowych. Ciekawych. Odpowiadanie na komentarze to za mało. Warto się spotkać w realu.
– Też sporo dostrzegam dzięki Twitterowi. Łatwo rozpoznać, kto jest kim. Niemal zawsze jest poważnie. Uciekam od polityki. Zastanawiam się, dlaczego ludzie są tak spięci.
– Mało jest już takich, na których można się wzorować.
– Bardzo lubię pana Andrzeja Strejlaua. Kiedyś jechaliśmy do studia telewizyjnego. Strasznie mnie rozśmieszał. Jest wspaniałą postacią, od której można się dużo nauczyć.
– 78 lat i sam wysyła tweety!
– Też jestem uzależniony od Twittera. Korzystam z niego niby tylko w wolnych chwilach, ale żona często zwraca mi uwagę, że za dużo tego. Smartfon to teraz podstawa. Można to zauważyć w każdej szkole. Cały czas trzeba być w obiegu.
– Real czy Barcelona?
- Jestem zakochany w hiszpańskim futbolu. Uwielbiam Barcelonę. Jej gra jest dla koneserów. Hiszpanom zacząłem kibicować, kiedy byłem na turnieju U-16. Ernesto zaczął mną "kręcić". Wtedy zrozumiałem, jaka jest różnica między mną, a piłkarzem w tym samym wieku z innego kraju. Miałem styczność z Reiną i Artetą. Fajne czasy. Niedawno bardzo się wzruszyłem, kiedy Iniesta kończył karierę. Myślę o tym i... jeszcze mam ciarki.
– Grałeś pod koniec kariery na najładniejszym stadionie. Gdańsk ma się czym pochwalić.
- Pięknie wygląda ten obiekt, zwłaszcza kiedy zachodzi słońce. Bardzo lubię Gdańsk. Miałem jednak problem z żoną, kiedy trzeba było się przenieść z Wrocławia do Gdańska. Wiedziałem, że chcę w Lechii zakończyć karierę. Jeździłem z nią na Pomorze kilka razy, by ją przyzwyczaić. Chodziliśmy na kolacje. Byliśmy tam, kiedy było ciepło i... zimno. Chciałem, żeby się przekonała do Trójmiasta. Wróciły wspomnienia. Robiłem to wszystko z premedytacją. Nie wiem, czy o tym wie do tej pory. Kobiety trudno rozszyfrować.
– Nie żałuje?
– Pierwsze dwa miesiące po podpisaniu umowy były trudne. Córka niby powtarzała, że jest OK. Jednak było widać, że brakuje jej szkoły i koleżanek. Teraz sytuacja się zmieniła. Żona jest najszczęśliwsza. Córka podobnie.
– Pora na stolicę...
– Może kiedyś przeprowadzę się do Warszawy, z której pochodzi... małżonka.
– Poznaliście się na Starówce?
– Nie. Poznałem ją w empiku. Potem zabrałem na randkę właśnie na Starówkę. Kupiłem różę. Wspaniała historia. Tak się zaczęło i tak się wszystko plecie…
Rozmawiali: Jerzy Chromik i Sebastian Mila
Spisał: Filip Kołodziejski