| Piłka nożna / PKO BP Ekstraklasa
Hubert Kostka – legenda Górnika Zabrze i reprezentacji Polski – 27 maja kończy 80 lat. Z tej okazji publikujemy pełną wersję wywiadu z mistrzem olimpijskim z Monachium, którą nagraliśmy w ramach cyklu "Polska szkoła bramkarzy". Nestor polskich bramkarzy opowiada w niej m.in. o realiach gry w PRL-u, owacji od piłkarzy Manchesterze United, korupcyjnej gangrenie i krytyce Jerzego Brzęczka.
Huberta Kostkę odwiedziliśmy w jego rodzinnych Markowicach – dzielnicy Raciborza, która do 1977 roku była osobną miejscowością. Tam się urodził i mieszkał do 18. roku życia zanim na 40 lat związał się z Zabrzem. Tam też dzisiaj cieszy się zasłużoną emeryturą. W pokoju z pięknym pianinem i widokiem na ogród zasiedliśmy do rozmowy...
Radosław Przybysz, TVPSPORT.PL: – Jak to się wszystko zaczęło?
Hubert Kostka: – Każdy zawodnik, by zrobić karierę, oprócz odpowiednich umiejętności potrzebuje szczęścia. I ja to szczęście miałem. Uprawiałem masę różnych dyscyplin, ale piłka nożna była zdecydowanie numerem jeden. W liceum nasz nauczyciel wychowania fizycznego uwielbiał koszykówkę i każdy musiał grać w jego zespole. Ja też koszykówkę bardzo lubiłem, ale jeśli miałem wybór, to zawsze wolałem piłkę. Grałem w polu. Koledzy, których jest już coraz mniej, wspominają, że miałem talent. Strzelałem dużo goli. Ale właśnie ze względu na to doświadczenie z koszykówki, gdy czasami brakowało bramkarza, to stawałem w bramce. W 1958 roku, na trzy miesiące przed maturą, drugoligowa Unia Racibórz straciła bramkarza. Gdzieś zaginął. Dzisiaj każdy klub po prostu kupiłby kogoś na jego miejsce. Ale Unia to był klub prowincjonalny, więc zrobili nabór. Ogłosili w "Trybunie Opolskiej", że kto się czuje na siłach grać w drugiej lidze, to niech się zgłosi. Ja uważałem, że się nie nadaje. Gdzie chłopak z B klasy do II ligi? Koledzy praktycznie siłą zaprowadzili mnie na stadion na Srebrnej. Stanąłem w bramce, a ten, który mnie sprawdzał – były zawodnik Unii – nie był w stanie strzelić mi gola. Zawołał głównego trenera, on też oddał parę strzałów, po chwili poszedł i zapytał: "Co robisz w środę?". A ja w środę miałem akurat próbną maturę z matematyki. "Mamy wtedy sparing z pierwszoligową Odrą Opole i chcielibyśmy, żebyś zagrał". Właściwie wtedy ten klub nazywał się Budowlani Opole i była to jedna z najlepszych drużyn w Polsce. "Ale ja mam maturę". "To napisz ją jak najszybciej, my podjedziemy autobusem i pojedziemy na mecz". I tak się stało. Matura normalnie trwała pięć godzin. Ja rozwiązałem te pięć zadań w godzinę, nawet nie sprawdziłem i oddałem, bo autobus już stał na dole. To była środa. A w niedzielę grałem już pierwszy mecz w lidze ze Stalą Mielec.
– A matura też poszła chyba nie najgorzej, bo dostał się pan na Politechnikę w Gliwicach.
– Tak i przez to nie miałem jak dojeżdżać na treningi. Do Markowic dojeżdżała jedynie kolej wąskotorowa, a podróż z Gliwic trwała ponad godzinę. Niech pan sobie wyobrazi, że przez trzy lata grałem w II lidze w ogóle nie trenując! Miałem czas na treningi w klubie jedynie w wakacje i w czasie sesji. A poza tym, mój trening polegał na tym, że koledzy z akademika strzelali mi na studenckim boisku. Byłem już wtedy powoływany do młodzieżowej reprezentacji, ale czułem, że gram w kratkę, raz lepiej, raz gorzej. Brakowało mi normalnego treningu. Z drugiej strony, nie nabrałem żadnych złych nawyków. Z koszykówki wyniosłem dobry chwyt, a poza tym wszystko robiłem spontanicznie. Upadek, wyciszenie ruchu, te wszystkie elementy sztuki bramkarskiej wykonywałem tak, jak mi się zdawało. Jak się okazało, na tyle dobrze, że po meczu Pucharu Polski z Górnikiem dostałem propozycję przejścia do Zabrza. To był 1960 rok, oni już byli wtedy dwukrotnym mistrzem Polski. Dostać propozycję z Górnika to było tak jakby dzisiaj dostał pan propozycję z Realu Madryt czy Barcelony. Inna sprawa, że my wówczas nie wiedzieliśmy, że taka Barcelona albo Real istnieje. Ale Górnika Zabrze znał każdy.
– Jak wtedy odbywały się transfery?
– Przede wszystkim, to praktycznie ich nie było. Zazwyczaj człowiek grał w jednym klubie do końca życia. Zwłaszcza przejście z II do I ligi nie było taką prostą sprawą. Ale Górnik to przeskoczył, Unia wyraziła zgodę i od jesieni 1960 roku byłem piłkarzem Górnika. Pamiętam, że pierwszy mecz grałem przeciw Ruchowi Chorzów. Ostatni też. Ruch to był nasz odwieczny rywal. My, zawodnicy mieliśmy w tym zespole wielu przyjaciół. Zresztą potem przez sześć lat moim asystentem był były piłkarz Ruchu, Alojzy Łysko. Ale kibice obu klubów żyli ze sobą jak pies z kotem. To była walka o prymat na Śląsku. Ruch był przez długie lata najlepszym klubem, a tu nagle pod nosem, bo kilka kilometrów od Chorzowa, wyrósł mu groźny konkurent. Mało tego, zaczął go ogrywać! Od 1960 do 1973 roku osiem razy zdobyliśmy mistrzostwo Polski. Nigdy nie zeszliśmy poniżej trzeciego miejsca. Trzecie miejsce to była ogromna klęska. Wspominam te 13 lat niezwykle przyjemnie.
– Wtedy gra w europejskich pucharach była dla mistrza Polski normalnością...
– Przez niemal całą moją karierę graliśmy w europejskich pucharach. Przede wszystkim w Pucharze Europy (pełna nazwa: Puchar Europy Mistrzów Krajowych, poprzednik Ligi Mistrzów – przyp. RP), ale też w Pucharze Zdobywców Pucharów, a pod koniec mojej gry powstał jeszcze trzeci Puchar Miast Targowych (później Puchar UEFA, dzisiejsza Liga Europy – RP). Ale paradoksalnie pierwszy występ w Pucharze Europy (Górnik przegrał z angielskim Tottenhamem w dwumeczu 5:12 – RP) zaliczyłem nie będąc mistrzem Polski. U nas grało się wtedy w systemie wiosna-jesień – zmieniono to w 1962 roku – i żeby grać o Puchar Europy trzeba było zajmować po rundzie wiosennej co najmniej trzecie miejsce w lidze. Górnik je zajmował, chociaż aktualnym mistrzem był Ruch.
– Z jakiego meczu jest pan najbardziej dumny?
– Było ich tyle, że zdecydowanej większości już nie pamiętam. Ale najbardziej zapadł mi w pamięć mecz z 1968 roku w Pucharze Europy z Manchesterem United. W tamtej drużynie grało czterech czy pięciu mistrzów świata z 1966 roku. Bobby Charlton, Nobby Stiles, jeszcze ktoś...
– George Best.
– Tak, to był straszny talent. Ale on nie był Anglikiem. To była wielka drużyna. Zresztą, oni później doszli do finału i wygrali całe rozgrywki. W ćwierćfinale przegraliśmy z nimi pierwszy mecz 0:2, po golach w 72. i 89. minucie. Kto wie jakby to wyglądało, gdybyśmy przegrali tylko 0:1, bo w rewanżu myśmy ich pokonali w Chorzowie 1:0. Ale w Manchesterze musiałem chyba dobrze wypaść, bo po meczu zrobili szpaler i czekali aż zejdę z boiska. Wie pan, jak bije panu brawo Bobby Charlton, to to robi wrażenie. Tak, to był mój najlepszy mecz... (Po tamtym meczu angielska prasa orzekła, że Kostka był najlepszym bramkarzem, jaki kiedykolwiek zawitał na Wyspy Brytyjskie – przyp. RP)
– A jaki był najlepszy napastnik, z jakim się pan mierzył?
– Było ich sporo. Grałem w okresie, kiedy właściwie każda drużyna używała systemu WM, czyli miała pięciu napastników. A dzisiaj niektóre drużyny grają nawet bez jednego napastnika. I w tej piątce zawsze było przynajmniej dwóch-trzech napastników wybitnych. Gdy dzisiaj Angulo odejdzie z Górnika, to zespół straci 50 procent wartości w ataku. A u nas zawsze było sześciu-siedmiu, którzy mogli zastąpić czołowego napastnika w razie jego odejścia.
– Może właśnie z tymi najlepszymi mierzył się pan na treningach, a nie w meczach.
– Ale świetni napastnicy byli nie tylko w Górniku. Mogę panu wymienić nazwiska właściwie z każdego klubu. Na przykład był taki napastnik, którego dziś już mało kto pamięta: Marian Norkowski z Polonii Bydgoszcz. Albo taki Marian Kielec z Pogoni Szczecin. Przecież gdyby oni urodzili się w nieco innych czasach, to graliby w dużo lepszych klubach. Ruch miał Gerarda Cieślika, potem Eugeniusza Lercha. Naprawdę wybitnych napastników było przeogromnie dużo.
– A najtrudniejszy rywal do gry w bramce? Pewnie Jan Gomola?
– To jest ta sama historia. Każdy zespół ligowy miał bardzo dobrych bramkarzy. Mogę wymieniać: Edward Szymkowiak z Polonii Bytom, który moim zdaniem jest w ogóle jednym z najlepszych polskich bramkarzy w historii. Ryszard Wyrobek w Ruchu Chorzów, Henryk Skromny i Stanisław Fołtyn w Legii Warszawa, Wiesław Pajor w Wawelu Kraków, Bronisław Leśniak i Henryk Stroniarz w Wiśle Kraków... Czy myśmy byli dobrze szkoleni, to jest inna para kaloszy. Wtedy o indywidualnym treningu bramkarskim mówiło się, pisało, ale tego się nie robiło. Po prostu tego nie było.
– Na początku pana kariery nie było nawet rękawic.
– Pierwsze rękawice dostałem gdzieś w 1963 albo 1964 roku. Graliśmy towarzyski mecz z Dynamem Kijów i oni już mieli rękawice, ale to były skórzane rękawice z naklejoną gumą z rakietek do tenisa stołowego. Problem polegał nie tylko na rękawicach, ale i na skórzanych piłkach. Na początku meczu one miały wagę zgodną z przepisami, ale jeśli padał deszcz, to po 10 minutach ważyły już nie pół kilograma, tylko trzy kilogramy. Jak taki Ernest Pohl walnął panu taką piłką, to tak jakby pan kamieniem dostał. Zresztą w ogóle sprzęt stanowił duży, odrębny problem. Dzisiaj pytają mnie czemu nie odnosiliśmy na arenie międzynarodowej większych sukcesów. Myśmy nie mieli sprzętu, choćby butów piłkarskich. Graliśmy w "kolarkach", pod które szewc nabijał metalowe kołki. Jak były trudniejsze warunki, to one się ścierały do zera. Graliśmy w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. To był koniec kwietnia, ale w Wiedniu był nawrót zimy. Spadł lodowy deszcz. A my nawet nie mieliśmy drugiego kompletu strojów żeby zmienić po pierwszej połowie! Oczywiście, zdjęliśmy koszulki, wytarliśmy się, ale zaraz musieliśmy je z powrotem założyć. Jak dzisiaj to mówię, to każdy myśli, że żartuję.
– Jak wtedy wyglądał doping na trybunach?
– Wspomniałem panu o tym jak piłkarze Manchesteru United oklaskiwali mnie w szpalerze. Nie tylko ze względu na grę. Otóż przez cały mecz kibice angielscy rzucali we mnie pensami. To były monety dwa razy większe od naszej obecnej pięciozłotówki. Kawał metalu. Oczywiście nie wszyscy trafiali, ale po ostatnim gwizdku ja zacząłem zbierać te pensy. Nazbierałem ponad sto. Oczywiście to nie miało żadnej wartości, bo jeden funt to było 20 szylingów, a jeden szyling – 12 pensów. Ale nazbierałem obie garści. Ci zawodnicy Manchesteru patrzyli na mnie jak na wariata. Oni już wtedy zarabiali grube tysiące, a tu jakiś bramkarz z Polski zbiera im pensy. W Polsce tego nie było, bo u nas trybuny nie były tak blisko boiska. U nas w ogóle nie było na trybunach żadnych awantur. A na stadiony przychodziły dziesiątki tysięcy ludzi. Zagrałem wiele meczów na Stadionie Śląskim, na który wchodziło po sto tysięcy osób. Nie było żadnych zamieszek za wyjątkiem jednego meczu z Dynamem Kijów. Ale to wynikało z podwyżek cen, ludzie byli niezadowoleni i wszystko skupiło się na gościach z "lubianego" obozu. Przegrali z nami u siebie i na Stadionie Śląskim musieli strzelić dwa gole. W związku z tym grali dość ostro, choć w ramach przepisów. To nie spodobało się kibicom, którzy po meczu wtargnęli na boisko i pobili zawodników Dynama. Ale to był jedyny taki drastyczny przypadek.
– Poza kwestią sprzętu, jakie problemy miała ówczesna piłka? Spotkałem się gdzieś z pana wypowiedzią, że "za pana czasów był problem alkoholowy, później nikotynowy, a później korupcyjny".
– Zgadza się. Alkohol w futbolu miał prostą przyczynę. Nie mówię, że zarabialiśmy źle. Na ówczesne warunki zarabialiśmy stosunkowo nieźle. Ale na przykład za wygrany mecz w Pucharze Europy dostawaliśmy 10 dolarów. A Tottenham za przejście do następnej rundy miał 6000 funtów. Funt był wtedy wart ok. trzy dolary. Ma pan skalę porównawczą.
– Wy 10 dolarów, oni 18 tysięcy.
– Ale my musieliśmy wygrać! Oni mogli przegrać i awansować. A my, nawet jakbyśmy awansowali, ale jeden mecz przegrali, to dostalibyśmy zero.
– Działacze...
– To był cały system. Po przyjściu do Górnika pierwszego prezesa nie widziałem ani razu. Mimo że był jeszcze w klubie z półtora roku. Znałem nazwisko, ale nie miałem z nim żadnego kontaktu. Zmieniło się to dopiero w 1967 roku, gdy prezesem został Eryk Wyra. Zawsze mówię, że to był jedyny prawdziwy komunista, jakiego znałem. On nie miał nic. Był dyrektorem Departamentu Kadr w Ministerstwie Górnictwa. Był drugim człowiekiem po ministrze. A nie miał nic. Raz w roku jeździliśmy do niego z kwiatami na urodziny. Czasami też byłem w tej grupie. Żył bardzo biednie. Stół, dwa krzesła i tyle. Miał dwa ubrania: górniczy mundur i jedno cywilne do wyjazdów za granicę. Więcej nie miał. Ale on potrafił odmienić Górnika. Powinno się postawić mu pomnik. Oczywiście, że nie robił tego za swoje pieniądze, ale jako działacz potrafił te pieniądze przynieść do klubu. A dzisiaj? Stadion z trzema trybunami zamiast czterech. Wszystkie najmniejsze drużyny typu Korona Kielce mają normalne stadiony, a najlepszy klub w historii polskiej piłki – to oczywiście moja subiektywna opinia – nie potrafi wykończyć stadionu jak trzeba.
– Dostał pan kiedyś jakąś nietypową premię?
– To znaczy?
– Chodzi mi o to, że dzisiaj premie są głównie czysto finansowe w postaci przelewu na konto. A w tamtym systemie to wyglądało trochę inaczej.
– Wtedy przede wszystkim nikt nie miał konta. W każdym zakładzie pracy się szło po wypłatę i stało w kolejce. My mieliśmy kontrakty na kopalniach. I nawet nie umieli załatwić żeby jakiś kierownik po prostu pobrał te pieniądze i nam zapłacił w klubie. Nie, musieliśmy iść stanąć w kolejce razem z górnikami. Jak wygrywaliśmy, to były brawa. Ale jak się przegrało... Pamiętam jak byłem na kopalni Makoszowy, gdzie 99 procent było kibicami Ruchu. Tam z kolei chcieli nas zlinczować jak wygrywaliśmy z Ruchem. Ja byłem prowadzony jako cieśla dołowy, a po studiach jako sztygar. Zarabiałem 1700-1800 zł. Do tego dochodziło kadrowe – 1200 zł i za wygrany mecz 600 zł. Wygrywając trzy-cztery mecze w miesiącu zarabiało się te 4000-5000 zł. Za to można było dobrze żyć, ale musi pan zrozumieć, że na nic więcej niż na pół litra tych zawodników nie było stać. I to była główna przyczyna, że oni pili. Inaczej nie umiem sobie tego wytłumaczyć. Potem zaczęliśmy zarabiać trochę więcej, tak, że można było zaoszczędzić na samochód. Ja na przykład na pierwszy samochód – Zastawę 750, malutkie autko podobne do Fiata 500 – oszczędzałem cztery lata. W międzyczasie trzy razy zrobiliśmy mistrzostwo Polski! Dzisiaj zawodnik po podpisaniu kontraktu już może sobie kupić Mercedesa. Ale nie narzekam. Taki był system.
– Słyszałem, że nie podobał się panu film „Gwiazdy” o historii Jana Banasia?
– To jest film nierealistyczny. Tam nie ma żadnej prawdy. Zdaję sobie sprawę, że film fabularny nie musi oddawać realiów. Ale skoro scenariusz opierał się o Górnika Zabrze... Zaczyna się od jakichś bluźnierstw, ku***w. Jakbyśmy pracowali w chlewie, a nie w klubie piłkarskim. Żaden zawodnik nie operował takim językiem. Nie oceniam wartości artystycznej, bo się na tym nie znam, ale przedstawione w nim realia nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Ale ja to rozumiem. Nie rozumie tego tylko ten, kto nigdy nie mieszkał na Śląsku. Otóż reżyser – Jan-Kidawa Błoński – urodził się w Chorzowie i jest fanatykiem Ruchu. Przecież wiadomo, że on nie powie nic dobrego o Górniku!
– Wróćmy do spraw sportowych. Jak wyglądała wówczas gra bramkarza? Na czym się skupiał?
– Czasami z synem oglądam mecze z tego okresu, kiedy ja grałem. Większość meczów z europejskich pucharów można znaleźć w internecie. To są zwykle tylko fragmenty, do tego nie najlepszej jakości, ale taka była wówczas technika. Pamiętam jak Jan Ciszewski narzekał, że dostaje taśmy filmowej na trzy minuty. I w tych trzech minutach musiał zmieścić najciekawsze fragmenty 90-minutowego meczu. Najczęściej nie nagrywali w ogóle bramek! Bo włączali nagrywanie jak piłka była już w siatce. Dzisiaj, kiedy oglądam te fragmenty w internecie, widzę, ile wtedy było strzałów, ile było dośrodkowań. I myśmy to łapali. A teraz pan idzie na mecz i przez 45 minut może pan nie zobaczyć ani jednej interwencji bramkarskiej. W takim kierunku poszła piłka. Pamiętam, że w każdym meczu wychodziłem co najmniej kilka razy do linii szesnastki. Niech mi pan teraz pokaże jednego bramkarza, który do dośrodkowań wychodzi na szesnasty metr. Teraz bramki padają z pola bramkowego. Bramkarze w ogóle nie wychodzą. Nie wiem, skąd się to bierze.
– Dlaczego zakończył pan karierę już w wieku 33 lat?
–Wtedy tak się utarło, że po trzydziestce jest koniec kariery. Wszyscy kończyliśmy mniej więcej w tym wieku. Najdłużej, bo do 35. roku życia grał chyba Stasiu Oślizło. Po igrzyskach olimpijskich w Monachium zagrałem w reprezentacji jeszcze jeden mecz, towarzyski z Czechosłowacją. Wydawało mi się, że i tak grałem o trzy lata za długo, byłem już trochę wypalony psychicznie. Ale też nie miałem takiego wsparcia, żeby ktoś mi powiedział "jeszcze możesz". Powiem tak: wtedy uważałem, że grałem za długo. A dzisiaj uważam, że grałem może nie o dziesięć, ale o dobrych siedem-osiem lat za krótko.
– Później bardzo szybko zaczął pan pracę trenera bramkarzy. Kto pana uczył tego fachu?
– Były bramkarz reprezentacji Węgier, Gyula Grosics. Kiedy w 1954 roku grali w finale mistrzostw świata w Szwajcarii, słuchałem relacji w radio przy dworcu kolejowym. Wtedy w Markowicach dwóch ludzi miało radio i pół wsi słuchało sprawozdania z finału u jednego, a pół u drugiego, mieszkającego właśnie koło dworca. Nie wiedziałem wówczas, że ten węgierski bramkarz za osiem lat będzie mnie trenował. Przez osiem czy dziewięć miesięcy, które spędził w 1962 roku w Zabrzu, nawiązałem z nim bardzo bliskie relacje. Nie było dnia żebyśmy nie rozmawiali o piłce nożnej. Nie potrafił zrozumieć jak to się stało, że Węgrzy przegrali ten finał z Niemcami. Na koniec każdej rozmowy wracał temat "cudu w Bernie". Grosics nauczył mnie właściwie wszystkiego.
– Jak Węgier trafił do Zabrza?
– Po odejściu z Honvedu Budapeszt przeniósł się do górniczego klubu Tatabanya. W tym mieście powstało przedsiębiorstwo Haldex zajmujące się przerabianiem hałd górniczych i pozyskiwaniem z nich przede wszystkim materiałów budowlanych. Jeden z oddziałów mieli w Zabrzu. Grosics chwilę wcześniej skończył karierę i przyjechał jako przedstawiciel tej firmy. Jak tylko w Górniku się zorientowali, że w mieście pracuje członek węgierskiej "Złotej Jedenastki", to od razu go zaangażowali jako trenera bramkarzy. Zresztą nie tylko bramkarzy Górnika, ale i innych zabrzańskich klubów: Pogoni, Sparty, Walki Makoszowy. Dopiero on pokazał mi, co to jest trening bramkarski. Dwusieczna kąta, półelipsa... On uczył nas wszystkiego. Tak jak piłkarz z pola trenuje technikę uderzeń, podań, przyjęć, prowadzenia, zwodów, itd., tak bramkarz ma określony zakres techniki, który musi opanować. Grosics na każdym treningu przeprowadzał wszystkie elementy techniczne niezbędne u bramkarza. Zawsze powtarzał: "Jeśli piłkarz w polu nie potrafi uderzyć zewnętrzną częścią stopy, ale umie wewnętrzną i prostym podbiciem, to nie ma problemu. Będzie strzelał gole i nie podpadnie. Ale jeśli ty jako bramkarz nie będziesz umiał chwytać dolnych piłek, tylko półgórne i górne, to jak dostaniesz strzał dołem, to zawsze padnie bramka i każdy będzie to widział". Musisz umieć wszystkie elementy techniki! I on to wszystko przerabiał na każdym treningu! To były intensywne, ponaddwugodzinne zajęcia. 150 do 180 rzutów na każdym treningu. Dośrodkowania, piąstkowania, chwyty, itd. Bardzo ważne jest na przykład wygaszanie upadków po robinsonadzie. Później w reprezentacji Polski miałem jednego bramkarza, który jak się rzucał na murawę na Roosevelta, to na oddalonym o trzy kilometry Placu Wolności trzęsły się domy. Walił ciałem w ziemię jak wór mąki i ja go tego nie mogłem oduczyć. Fakt, że pracowałem z nim tylko pół roku. Taki miał nawyk i przez to łapał mnóstwo kontuzji.
– W sztabie reprezentacji Polski współpracował pan z wieloma wybitnymi selekcjonerami. To pan przygotowywał bramkarzy do mundialu 1974.
– Tak jak mówiłem, po igrzyskach w Monachium zakończyłem reprezentacyjną, a rok później również klubową karierę. Przyszły eliminacje mistrzostw świata, wygraliśmy je, jedziemy do Niemiec. Ja wtedy byłem trenerem-koordynatorem juniorów w Górniku. Wtedy też założyliśmy Gwarka Zabrze, czyli pierwszą w Polsce szkółkę piłkarską, który dzisiaj jest osobnym klubem. Krótko przed obozem reprezentacji w Zakopanem zadzwonił do mnie Kaziu Górski, czy nie zająłbym się treningiem bramkarskim na zgrupowaniu. Jasiu Tomaszewski był po meczu na Wembley bezdyskusyjnym numerem jeden, ale przed zgrupowaniem miał prawie półroczną przerwę spowodowaną dość poważną kontuzją. Nikt nie wiedział, w jakiej będzie formie. Oprócz niego w kadrze byli jeszcze Zygmunt Kalinowski i Andrzej Fischer. Dla mnie to była szansa na pokazanie się. Trener młodzieży w Górniku Zabrze został zaproszony do pracy z pierwszą reprezentacją. Zresztą ja miałem z Górskim świetny kontakt. To nie był wielki trener w sensie piłkarskim. Wyszkolony był tak samo jak wszyscy inni trenerzy w Polsce. Oni nie mieli jak zdobyć jakiejś ogromnej wiedzy. Ale to był wielki człowiek jeśli chodzi o współpracę, relacje na linii zawodnik-trener. Pod tym względem był jedyny w swoim rodzaju. Dlatego miał wyniki. Był wybitnym psychologiem. Potrafił się dogadać z każdym zawodnikiem, tam nie było żadnych konfliktów. Ja grałem w eliminacjach mistrzostw świata w Meksyku w 1970 roku. Jestem przekonany, że gdyby wtedy Górski był trenerem, to byśmy polecieli na MŚ. Powiedział pan, że współpracowałem z wieloma wybitnymi selekcjonerami... Ja pracowałem z jednym wybitnym! To był Górski. Wszyscy pozostali na jego tle byli przeciętni.
– Złoto mundialu, pana zdaniem, było w naszym zasięgu?
– Przed turniejem nikt o tym nie myślał. Widziałem niedawno wywiad z Jackiem Gmochem, który opowiadał jak to sztab doskonale przygotował reprezentację do mistrzostw. Jacek to mój dobry kolega, przez lata graliśmy razem w reprezentacji. Ale teraz, po 40 latach, przypomniało mu się jak to rzekomo wzorowali się na drużynie węgierskiej, która też najpierw w 1952 roku zdobyła złoto na igrzyskach w Helsinkach, a dwa lata później doszła do finału mundialu. I Polska też najpierw wygrała igrzyska w 1972 roku. Ja tam grałem i powiem panu szczerze: jakby ktoś powiedział, że przywieziemy z Monachium złoty medal, to bym mu kazał się popukać w głowę. O tym w ogóle nie było mowy! Tak samo dwa lata później. W trzech sparingach przed mistrzostwami reprezentacja grała fatalnie. Górski się łapał za głowę, w prywatnych rozmowach obawiał się blamażu. Jechaliśmy do Niemiec przede wszystkim żeby się nie skompromitować. A tu raptem przychodzi mecz z Argentyną i gramy jedno z najlepszych spotkań w historii. Potem 7:0 z Haiti, ogrywamy Włochów i tak aż do półfinału. Paul Breitner, obrońca Niemców, powiedział niedawno, że jedyną drużyną, która zasłużyła na mistrzostwo świata była drużyna polska. Ale nikt tego nie planował, niech mi pan wierzy.
– Jaki był najlepszy bramkarz, z jakim pan pracował przez lata kariery trenerskiej?
– Nie mam wątpliwości, że Jasiu Tomaszewski to był ogromny talent. Mecz na Wembley nie był dziełem przypadku. Józef Młynarczyk też był wybitnym bramkarzem, ale ja osobiście zagłosowałbym na Tomaszewskiego. Tym bardziej, że przygotowywałem go do mistrzostw świata w 1974 i 1978 roku w Argentynie. Oczywiście jak Górski zaprosił mnie na ten obóz do Zakopanego, to po cichu liczyłem, że pojadę ze sztabem na mistrzostwa. Ale tam się bez przerwy kręciło dwóch takich "cichociemnych", którzy oczywiście pojechali w oficjalnych garniturach reprezentacji do RFN. A ja wróciłem do Zabrza. Ale takie to były czasy.
– Praca tylko z bramkarzami to było za mało i szybko zaczął pan pełnoprawną karierę trenerską.
– W pierwszej lidze prowadziłem kluby tak naprawdę przez dziesięć lat. Potem wyjechałem do Szwajcarii, tam byłem kolejne kilka lat. Po powrocie trafiłem na okres tej największej gangreny, jaka trawiła polską piłkę, czyli na korupcję. To była też główna przyczyna, dla której skończyłem z trenerką. Wiedziałem, że nie mam żadnych szans żeby przebić się przez to bagno. Wie pan, to było coś strasznego... Nikt nikogo nie mógł złapać za rękę i powiedzieć, że on sprzedał albo kupił mecz. Ale jako trener mogłem ocenić jak dany zawodnik gra. Jeśli nie dawał z siebie stu procent, to mówiłem mu "do widzenia, ty u mnie grać nie będziesz". Wszyscy moi zawodnicy wiedzieli, jakie są zasady. Zawsze pierwszą reakcją było: "Pan mnie posądza, że sprzedaje mecze?!" "Nie, ja cię posądzam, że słabo grasz! Dlatego wylatujesz".
– W Olimpii Poznań mianował pan kapitanem 18-letniego Jerzego Brzęczka. Po latach przyznał, że to od pana nauczył się najwięcej.
– Pracowałem z nim krótko, bo tylko osiem czy dziewięć miesięcy, ale nie ma świąt żeby nie zadzwonił z życzeniami. Gdy został oficjalnie mianowany selekcjonerem, też po godzinie zadzwonił. Bardzo to cenię. Byłem w szoku, jak mocno go krytykowano przez całe eliminacje. Chyba nie było jeszcze trenera, który awansował na mistrzostwa Europy dwie kolejki przed końcem. A krytyka była taka, że nie dało się tego czytać. Tak nie można postępować z człowiekiem. Ale nie bronię go dlatego, że go znam i lubię. Jurek to inteligentny człowiek, ma poukładane w głowie. Nie bez powodu zrobiłem go kapitanem, gdy miał 18 lat. Potem poszedł do kadry olimpijskiej, Janusz Wójcik widział, że sprawdził się w Olimpii i też mianował go kapitanem. Potem w pierwszej reprezentacji to samo. Nie ma w tym przypadku. Dostał kadrę w trudnym okresie, po długiej kadencji Adama Nawałki. Ale pewnie awansował, wprowadził młodych zawodników. Jestem ciekawy, czy niektórzy dziennikarze po awansie mieli odwagę powiedzieć "Przepraszamy, panie Brzęczek".
Kliknij "Akceptuję i przechodzę do serwisu", aby wyrazić zgody na korzystanie z technologii automatycznego śledzenia i zbierania danych, dostęp do informacji na Twoim urządzeniu końcowym i ich przechowywanie oraz na przetwarzanie Twoich danych osobowych przez nas, czyli Telewizję Polską S.A. w likwidacji (zwaną dalej również „TVP”), Zaufanych Partnerów z IAB* (964 firm) oraz pozostałych Zaufanych Partnerów TVP (88 firm), w celach marketingowych (w tym do zautomatyzowanego dopasowania reklam do Twoich zainteresowań i mierzenia ich skuteczności) i pozostałych, które wskazujemy poniżej, a także zgody na udostępnianie przez nas identyfikatora PPID do Google.
Twoje dane osobowe zbierane podczas odwiedzania przez Ciebie naszych poszczególnych serwisów zwanych dalej „Portalem”, w tym informacje zapisywane za pomocą technologii takich jak: pliki cookie, sygnalizatory WWW lub innych podobnych technologii umożliwiających świadczenie dopasowanych i bezpiecznych usług, personalizację treści oraz reklam, udostępnianie funkcji mediów społecznościowych oraz analizowanie ruchu w Internecie.
Twoje dane osobowe zbierane podczas odwiedzania przez Ciebie poszczególnych serwisów na Portalu, takie jak adresy IP, identyfikatory Twoich urządzeń końcowych i identyfikatory plików cookie, informacje o Twoich wyszukiwaniach w serwisach Portalu czy historia odwiedzin będą przetwarzane przez TVP, Zaufanych Partnerów z IAB oraz pozostałych Zaufanych Partnerów TVP dla realizacji następujących celów i funkcji: przechowywania informacji na urządzeniu lub dostęp do nich, wyboru podstawowych reklam, wyboru spersonalizowanych reklam, tworzenia profilu spersonalizowanych reklam, tworzenia profilu spersonalizowanych treści, wyboru spersonalizowanych treści, pomiaru wydajności reklam, pomiaru wydajności treści, stosowania badań rynkowych w celu generowania opinii odbiorców, opracowywania i ulepszania produktów, zapewnienia bezpieczeństwa, zapobiegania oszustwom i usuwania błędów, technicznego dostarczania reklam lub treści, dopasowywania i połączenia źródeł danych offline, łączenia różnych urządzeń, użycia dokładnych danych geolokalizacyjnych, odbierania i wykorzystywania automatycznie wysłanej charakterystyki urządzenia do identyfikacji.
Powyższe cele i funkcje przetwarzania szczegółowo opisujemy w Ustawieniach Zaawansowanych.
Zgoda jest dobrowolna i możesz ją w dowolnym momencie wycofać w Ustawieniach Zaawansowanych lub klikając w „Moje zgody”.
Ponadto masz prawo żądania dostępu, sprostowania, usunięcia, przenoszenia, wniesienia sprzeciwu lub ograniczenia przetwarzania danych oraz wniesienia skargi do UODO.
Dane osobowe użytkownika przetwarzane przez TVP lub Zaufanych Partnerów z IAB* oraz pozostałych Zaufanych Partnerów TVP mogą być przetwarzane zarówno na podstawie zgody użytkownika jak również w oparciu o uzasadniony interes, czyli bez konieczności uzyskania zgody. TVP przetwarza dane użytkowników na podstawie prawnie uzasadnionego interesu wyłącznie w sytuacjach, kiedy jest to konieczne dla prawidłowego świadczenia usługi Portalu, tj. utrzymania i wsparcia technicznego Portalu, zapewnienia bezpieczeństwa, zapobiegania oszustwom i usuwania błędów, dokonywania pomiarów statystycznych niezbędnych dla prawidłowego funkcjonowania Portalu. Na Portalu wykorzystywane są również usługi Google (np. Google Analytics, Google Ad Manager) w celach analitycznych, statystycznych, reklamowych i marketingowych. Szczegółowe informacje na temat przetwarzania Twoich danych oraz realizacji Twoich praw związanych z przetwarzaniem danych znajdują się w Polityce Prywatności.