| Piłka nożna / Reprezentacja

Zapomniane życiorysy – Janusz Kupcewicz. Piłkarz z pięknej rybackiej wioski

Janusz Kupcewicz (z lewej) zmarł w wieku 66 lat (fot. PAP).
Janusz Kupcewicz (z lewej) zmarł w wieku 66 lat (fot. PAP).
Sebastian Piątkowski

Imponował swobodą mając piłkę przy nodze i gamą nieszablonowych zagrań. Komentując wydarzenia unikał banalnych sformułowań, niejednokrotnie głosząc niezbyt popularne opinie. Janusz Kupcewicz zmarł 4 lipca 2022 roku. Przypominamy ostatnią rozmowę ze znakomitym zawodnikiem na TVPSPORT.PL.

DALSZĄ CZĘŚĆ PRZECZYTASZ POD REKLAMĄ

***ROZMOWA Z MARCA 2021 ROKU***

– Sebastian Piątkowski, TVP Sport : – Zaniepokoiłem się na wieść o kłopotach z sercem…
– Janusz Kupcewicz : – To stare sprawy, ciągną się od dłuższego czasu.
Przed wyjazdem na mistrzostwa świata do Argentyny pojawiło się nawet podejrzenie zawału, lecz na całe szczęście rutynowe badania wykluczyły tę ewentualność.
Orzeczono powiększoną komorę, jak u prawie każdego wyczynowego sportowca. Czasem towarzyszą mi migotania, pojawia się też arytmia. Nie ma rady, trzeba z tym jakoś żyć.

– Rozumiem. A czy były symptomy po wzmożonym wysiłku, jeszcze podczas kariery?
– Nie, nic z tych rzeczy. Podczas gry w oldbojach Kazimierza Górskiego miewałem wprawdzie zawroty głowy, ale to na skutek wysokiej temperatury. Bywało przecież i tak, że te pokazowe spotkania rozgrywane były w upalnym słońcu. Serce mi wówczas częściej łomotało.

Ostre cięcie. Tak można było rozwiązać sprawę Krychowiaka

Czytaj też

Grzegorz Krychowiak, Czesław Michniewicz i Jakub Kwiatkowski

Ostre cięcie. Tak można było rozwiązać sprawę Krychowiaka

– Wspomniane przypadłości nie przeszkadzały w podpisywaniu umów z klubami zagranicznymi.
– Obyło się bez niespodziewanych zdarzeń i bez przeszkód mogłem rozpocząć grę we Francji, potem w Turcji. Niemniej jednak, wszystko się zużywa i na to niestety nic nie poradzimy. Mam tylko nadzieję, że jeszcze trochę będzie mi dane po tym świecie pochodzić…

– I ja mam taką nadzieję, czego serdecznie życzę. I oby jak najmniej stresujących sytuacji! Jedenaście godzin spędzonych ostatnio w SOR–ze na razie wystarczy…
– Pewnych regulacji nie jesteśmy w stanie obejść. Wszystko przez tę pandemię. Procedury nie ułatwiają życia, a ich przestrzeganie stało się koniecznością. Zatem w pierwszej kolejności przeprowadzono mi test. Oczekiwanie na wynik chwilę trwało, a bez tego nie mogłem zostać przyjęty przez lekarza. Przyszło nam żyć w innych realiach i nie mam do nikogo pretensji.

– Zaraz po powrocie ze szpitala oddzwonił pan. Niby zwykła, ludzka rzecz, ale w przypadku znanych piłkarzy nie zawsze jest to regułą.
– Jestem normalnym człowiekiem, a przynajmniej staram się takim być. Zadzwoniłem do pana, gdyż wymagała tego przyzwoitość. Ludzie zmieniają się, gdy mają więcej gotówki lub władzy. Chodzą wówczas nadęci jak pawie, nie rozumiem, dlaczego.

– Na to pytanie nie znajdziemy chyba odpowiedzi. Pewne rzeczy wynosimy z domu. Pański jest teraz w Trójmieście, choć przygodę z piłką rozpoczynał pan w… Olsztynie.
– Tam spędziłem dzieciństwo. W Olsztynie chodziłem do podstawówki, następnie ukończyłem technikum. Grałem w Warmii, a później w Stomilu. Na Wybrzeże powróciłem w 1974 roku, rozpoczynając studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Gdańsku – Oliwie.

– Kraina Tysiąca Jezior, piękna natura, cisza, spokój…
– Piękne to były czasy – z piłką pod pachą i… gra od rana do wieczora na boiskach o różnej nawierzchni. Niezapomniane chwile.

– W tych pięknych okolicznościach przyrody rósł talent na miarę Włodzimierza Lubańskiego!
– Tak wyrokowali dziennikarze, poszukujący porównań. Pamiętajmy, że zarówno Włodek, jak i Kaziu Deyna należeli do wybitnych, jak całe ówczesne pokolenie. Nie możemy też zapominać, że grałem na innej pozycji niż Lubański, choć też miałem dobrą technikę i imponowałem przeglądem pola. Potrafiłem kopnąć z daleka lub dokładnie przymierzyć z wolnego.

– Otóż to. Podejrzewam, że niektórzy bramkarze do dziś wspominają stałe fragmenty Janusza Kupcewicza. A wszystko pewnie dzięki ciężkiej pracy i predyspozycjom?
– Jeśli ktoś ma dobrą technikę, to jest mu łatwiej. Jeśli przywoła pan słynne rogale nieodżałowanego Kazia Deyny, to z pewnością przyzna mi pan rację.

– Bez dwóch zdań. Deyna powiedział kiedyś, że kopiąc piłkę należy po prostu trafić w odpowiedni centymetr właściwej łaty na piłce.
– Dodałbym kilka innych czynników. Przede wszystkim ułożenie ciała podczas kopnięcia. Całego ciała, nie tylko stopy, co jest istotne, by nadać piłce odpowiednią rotację.

– Nie na darmo powiada się teraz o niektórych – "ten to ma dobrze ułożoną nogę!"
– Oczywiście, ale na powodzenie strzału składa się wiele czynników. Oprócz wymienionych przed chwilą, także swoboda i ułożenie ciała. Podobnie, jak w przypadku żonglerki – górna część musi pozostać luźna, pracują przecież tylko nogi. Technika kopnięcia piłki jest bardzo ważna. To trochę tak, jak w skoku o tyczce. Można jeszcze strzelać tak zwanym prostym podbiciem, bardziej siłowo.

– Pan raczej nie strzelał na silę.
– Nadawałem rotację zewnętrzną częścią prostego podbicia. Piłka leciała niby za bramkę, a w pewnym momencie wracała i … wpadała ku zdumieniu rywali.

Ostre cięcie. Tak można było rozwiązać sprawę Krychowiaka

Czytaj też

Grzegorz Krychowiak, Czesław Michniewicz i Jakub Kwiatkowski

Ostre cięcie. Tak można było rozwiązać sprawę Krychowiaka

Michniewicz wydał oświadczenie. Wstrzymał działania prawników!

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. Getty)

Michniewicz wydał oświadczenie. Wstrzymał działania prawników!

– Niby detale, a decydują o powodzeniu strzału.
– Wbrew pozorom, te szczególiki są naprawdę ważne. W dawnych czasach bił tak rzuty arcymistrz – Lucjan Brychczy w Legii.

– Który jeszcze niedawno ustawiał piłkę na treningu i precyzyjnie pokonywał młodszych o kilkadziesiąt lat bramkarzy!
– Słyszałem i o tym, imponujące. Ale musimy pamiętać, że talent to niestety nie wszystko. Często słyszymy o ciężkiej pracy i poświęceniu, ale nie ma innego sposobu, by osiągnąć sukces. To byłoby bowiem zbyt proste. Podam przykład. Otóż mój świętej pamięci tata budził mnie o szóstej, jeszcze przed pójściem do szkoły. Udawaliśmy się do pobliskiego lasu, gdzie pracowaliśmy nad pewnymi elementami mającymi na celu podniesienie umiejętności. I tak każdego dnia! Tata był trenerem, więc doskonale orientował się, na czym należało skupić uwagę. Oprócz tego, regularnie pozostawałem na boisku po zakończeniu zajęć w Arce.
Przez 40–50 minut trenowałem rzuty wolne. I proszę pamiętać, że w tamtych czasach jednostki trwały po dwie, a nierzadko po dwie i pół godziny! Sam więc pan widzi, że nic w życiu nie przychodzi łatwo, w każdej dziedzinie. Precyzja kopnięcia, przez lata moja specjalność, nie wzięła się z rękawa. Była pochodną ciężkiej i sumiennej pracy.

– Korzystała z tego aż przez osiem sezonów Arka. Nie za długo miała zawodnika tej klasy?
– Często słyszę to pytanie.

– Domyślam się. Zainteresowanie panem wykazywały wszystkie, bez wyjątku, kluby. Cała liga, szesnaście zespołów!
– To wszystko prawda i do dziś jestem pytany, dlaczego nie zdecydowałem się na transfer do Legii albo Górnika Zabrze?

– No właśnie. Dlaczego?
– Na ten temat krążą różne wersje, pojawiają się domysły o ogromnych pieniądzach, jakie ponoć dostawałem w Arce. To bzdury, prawda jest bowiem taka, że dopiero po dwóch latach kupiłem mieszkanie w Gdyni. Szkoda czasu na rozwijanie tego wątku. Załóżmy, że zdecydowałbym się na transfer do Legii. Czy wywalczyłbym miejsce w tym zespole?

– Oto jest pytanie! Przypomnę, że rywalizowałby pan z kimś ze wszech miar wybitnym.
– Nie miałbym żadnych szans, przecież Deyna to prawdopodobnie najlepszy w dziejach nasz piłkarz. Z perspektywy czasu uważam, że zostając w Arce podjąłem dobrą decyzję. Rozwinąłem się, dwukrotnie pojechałem na mistrzostwa świata, skończyłem uczelnię, co umożliwiło mi podjęcie pracy w szkole. Jestem trenerem zarówno drugiej, jak i pierwszej klasy. Dziś oczywiście wymagane są już licencje, ale na obecnym etapie życia nie są mi już do niczego potrzebne. Niby zbyt długo pozostawałem wierny Arce, a jednak zdobyłem z tym klubem Puchar Polski. A w Poznaniu udało się wywalczyć tytuł mistrzowski. To chyba nienajgorsze osiągnięcia? Przynajmniej moim zdaniem. Proszę mi wierzyć, naprawdę nie mam powodów do narzekań.

– Wierzę. O medalu z Hiszpanii nie wspomniał pan chyba przez skromność? Próżno szukać na północy kraju równie utytułowanego. No, może jeszcze Henryk Wawrowski, srebrny medalista olimpijski z Montrealu.
– Otóż to. Daleki jestem od autopromocji, ale słusznie zauważył pan, że od Szczecina do Białegostoku nikt nie ma medalu z mistrzostw świata. Chyba prezydent Gdyni powinien być usatysfakcjonowany…

– W to nie wątpię. Uchodzi pan za ambasadora miasta.
– Lubię Gdynię, dobrze się w niej czuję. Zawsze powtarzam, że mieszkam w pięknej wiosce rybackiej, bo nie jest to przecież metropolia.

– Przypominam sobie ze szkoły rozdział w książce do historii pod tytułem – Jak powstała Gdynia. To dziwi, że w dawnej wsi rybackiej zadają szyku Sea Towers.
– To prawda, robią wrażenie.

– No i refren "U Maxima w Gdyni"...
– Ech… W PRL–u były to kultowe miejsce. Lata świetności "Maxima" poszły w zapomnienie, obiekt niszczeje i sprawia coraz bardziej przygnębiające wrażenie.

– Bałtyk dla mieszkających w górach jak ja, to zawsze punkt odniesienia. Jeśli urlop, to tylko nad morzem!
– W pana przypadku na pewno, ale proszę zauważyć, że każdy region oferuje sporo atrakcji. Nasz kraj pięknieje, z czego możemy się tylko cieszyć.

– Szkoda tylko, że jesteśmy aż tak podzieleni.
– Na to już niestety nie mamy żadnego wpływu. Mentalności i charakterów niestety nie zmienimy, niezależnie od tego, czy mieszkamy nad morzem, czy w górach.

– A panu góry kojarzą się pewnie z bieganiem po śniegu na obozach przygotowawczych?
– Tak, preferowano wtedy inne metody treningowe. Wychodziło się w góry na cztery lub pięć godzin. Zdobywało górskie szczyty, najczęściej w okolicach Zakopanego i Wisły. A zajęcia z piłką tylko w salach. Zdarzały się oczywiście sparingi, rozgrywane na oblodzonych boiskach, ale podstawę przygotowań stanowiło bieganie. Na porządku dziennym było trzydziesto- albo i pięćdziesięciometrowe sprinty, powtarzane po sto, dwieście i więcej razy… Inny świat, bez porównania.

Michniewicz wydał oświadczenie. Wstrzymał działania prawników!

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. Getty)

Michniewicz wydał oświadczenie. Wstrzymał działania prawników!

Były reprezentant o Michniewiczu: rzucił się do wymiany ciosów i ją przegra

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. Getty)

Były reprezentant o Michniewiczu: rzucił się do wymiany ciosów i ją przegra

– Po takich treningach 90 minut na boisku wydaje się igraszką.
– Z tym akurat bywało różnie. Ważna jest przede wszystkim szybkość i dynamika na kilku, czy kilkunastu metrach. Nigdy nie byłem typem szybkościowca, a w grze "jeden na jeden", czynniki te odgrywały dużą rolę. Wtedy szybkość startowa na ośmiu– dziesięciu metrach decydowała o powodzeniu akcji. Bywało wszakże i tak, że człowiek był najzwyczajniej w świecie przemęczony, a nogi, jak z ołowiu, odmawiały posłuszeństwa. Dużo dziś słyszymy o małych walorach tego typu cyklów treningowych. Młodszym trudno dziś sobie wyobrazić zimowy czas bez wylotu do Turcji, albo innego słonecznego kraju. Mówi się też o wolniejszej wówczas grze, innym poziomie. To niby jest prawdą, proszę mi jednak powiedzieć – czy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w reprezentacjach Niemiec, Włoch lub Argentyny występowali przypadkowi piłkarze?

– Nawet nie ma się nad czym rozwodzić.
– Czyli te z pozoru archaiczne sposoby przynosiły dobry skutek, prawda? Graliśmy jak równy z równym nie tylko z Włochami, czy z Argentyną. Nie odstawaliśmy w żadnym aspekcie, co więcej, zdarzało się, że byliśmy od nich nawet lepsi.

– Ale i pozom ligi był wyższy.
– Bez porównania.

– Dziś bywa tak, że zawodnik, który dwa lub trzy razy kopnie prosto piłkę, sposobi się do wyjazdu za granicę, oczywiście przy pomocy agenta. Proszę spojrzeć na liczbę Polaków grających chociażby we Włoszech. Nie kojarzę niektórych nazwisk.
– W tamtych czasach na boiskach ekstraklasy oglądaliśmy więcej indywidualności.
Jeśli zaś chodzi o dalszą część pana wypowiedzi, czyli agentów. Włochy i transfery – nie chciałbym za bardzo się na ten temat wypowiadać.

– Każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie widzi przecież pewne rzeczy.
– I dlatego proponuję ominąć te kwestie szerokim łukiem. Także te, dotyczące mego odejścia z Arki. Nie potrzebuję na stare lata niepotrzebnych nerwów i złych emocji.
Rozmawiajmy o miłych sprawach.

– Stanęło na bieganiu po górach. Czy spotkał pan w karierze trenera kładącego szczególny nacisk na przygotowanie fizyczne? Na Dolnym Śląsku za takiego uchodzi Romuald Szukiełowicz.
– Jakby to powiedzieć … Tych "katów" na pewno znalazłoby się więcej! Jeśli już miałbym wskazać tego jednego, byłby to Marian Geszke. Pozostajemy w kontakcie, darzymy się szacunkiem, a kiedyś byłem nawet jego asystentem. A wie pan, że to co fundował Marian piłkarzom w zimowym okresie, wręcz nie mieści się w głowie! Legendy krążyły również o przygotowaniach trenera Huberta Kostki. Wydaje mi się, że wtedy dawaliśmy z siebie więcej, co procentowało dobrą postawą na boisku.

– A na jakie aspekty zwracał pan uwagę jako szkoleniowiec? Z racji pozycji na boisku to pewnie raczej na zajęcia z piłką?
– Zacznijmy od tego, że w ekstraklasie trudno o zespoły, które preferują grę techniczną, przyjemną dla oka. Ligi zagraniczne imponują poziomem, a u nas bywa z tym różnie. Nie ukrywam, że uwielbiam techniczną grę, zwracam baczną uwagę na wyszkolenie piłkarzy. Szkopuł w tym, że można mieć nawet sto podań z rzędu, a nie zawsze przyniesie to gola.

– Z atakiem pozycyjnym u nas zawsze było kiepsko.
– Cóż, nie mamy piłkarzy kreatywnych. Ani w lidze, ani w reprezentacji. Niedostatki nadrabiamy ambicją, ale żeby być szczerym – moje pokolenie też nadrabiało pewne braki. Poziom był jednak wyższy, a obok artystów piłki byli odpowiedzialni za czarną robotę.

– Jak choćby Waldemar Matysik.
– Ten akurat pracował za całą linię pomocy.

– A czy podczas pobytu w Saint Etienne robił pan notatki?
– Nie, nic takiego. Po latach trochę żałuję, gdyż pewnego razu zatelefonował do mnie bodaj Stefan Szczepek z konkretną propozycją pracy w jednym z algierskich klubów. Podczas dwuletniego pobytu we Francji trochę zaniedbałem naukę języka, a bez tego przecież ani rusz. Dużo wprawdzie rozumiałem, lecz z rozmową miewałem kłopoty. I tak szansa na prowadzenie drużyny w północnej Afryce przeszła koło nosa. W Saint Etienne nie myślałem o pracy trenerskiej, ani o nauce języka. Byłby to spory kapitał na przyszłość, popełniłem błąd. Ale z drugiej strony, kto ich nie popełnia? Dziś z pewnością do pewnych spraw podszedłbym inaczej, nie czas jednak na tego typu rozważania. Czasu nie cofniemy.

– Na błędach uczymy się przecież przez całe życie. Szkoda trochę tego wyjazdu, bo w Algierii spotkałby pan rodaka.
– Tak, trenera Żywotkę, który pracował w tym kraju przez długi czas.

– I osiągał spore sukcesy, bodajże siedmiokrotnie wygrywając tamtejszą ligę.
– Żywotko jest tam legendą, to prawdziwy trener, taki z krwi i kości. Mnie w pewnym momencie posadził na ławce rezerwowych. Niby podczas meczów towarzyskich, ale zawsze. Ten zimny prysznic sprowadził mnie na ziemię, wydawało mi się bowiem, że świat stanął przede mną otworem. Pan Żywotko zauważył te niepokojące sygnały, choć i tak niezmiennie podkreślał mą pozycję w Arce. Wiele mu zawdzięczam.

– Doczekał się pan własnego muralu na jednej z gdyńskich ulic.
– Mural był, ale… już go nie ma. Akurat na tej ulicy postawiono bowiem jeden z marketów.

– Malowidło to wyraz szacunku. Zapomniano o grze w Lechii? Arkowiec w biało–zielonych barwach to rzecz niesłychana!
– Działo się to, gdy za wyniki Lechii odpowiadał Marian Geszke. Po powrocie z Larissy zdecydowałem się przyjąć jego propozycję, a nawiasem mówiąc wracał ze mną do zespołu Zdzisław Puszkarz.

– Tylko, że Puszkarz to jedna z ikon Lechii i ten powrót odebrano jako coś naturalnego.
– Muszę się z panem zgodzić, była to na pewno niecodzienna sytuacja. Nasłuchałem się od kibiców Arki wielu gorzkich słów, nie ukrywam, że patrzono na mnie krzywo.
Trwało to przez całe lata, wielu znajomych wypominało mi tę decyzję.

– Wytłumaczył się pan w końcu?
– Tak, choć dopiero po latach. Gdy wracałem do Polski otrzymałem tylko jedną ofertę – właśnie z Lechii. Moja Arka opuściła przecież szeregi najlepszych, a ja w wieku 31 lat czułem się jeszcze na siłach, by grać w I lidze. Postanowiłem zaryzykować i była to dobra decyzja. Przecież po ponad roku raz jeszcze wyjechałem do zagranicznego klubu. W końcu i kibice przyznali mi rację.

– Do Turcji, a konkretnie do Adanasporu.
– Pytałem retorycznie: czy z Arki wyjechałbym raz jeszcze do klubu z innego kraju? Czy o mym wyborze decydować miały tylko i wyłącznie animozje kibiców? Często rozmawiam z przedstawicielami młodszego pokolenia. Staram się przekazywać im pewne uniwersalne wartości, a za takie uważam szacunek do przeciwnika i innych klubów. Życie pisze przecież różne scenariusze. Taki Dusan Kuciak niezbyt pochlebnie wypowiadał się na temat Arki. Niech mu będzie. A gdyby działacze tego klubu zaproponowali mu kontrakt opiewający na, dajmy na to, pół miliona dolarów? Co wtedy? Z pewnością przystałby na taką ofertę.
To jest przecież piłka. Kariera trwa krótko, bo w pewnym wieku przychodzi moment zawieszenia butów na kołku.

– Nie wszyscy to rozumieją.
– Dlatego podchodzę do tych kwestii bardzo spokojnie. Jestem arkowcem i nigdy tego nie ukrywałem. Niemniej jednak czas spędzony w Lechii wspominam bardzo dobrze.
A ze Zdzisiem Puszkarzem nadal często rozmawiamy i wymieniamy poglądy.
To żywa legenda Lechii, jeden z najbardziej zasłużonych jej zawodników! Nie widzę również powodu, by w imię tak zwanego lokalnego patriotyzmu prowokować kibiców i piłkarzy z Gdańska. Szanuję ten klub. Tak wychowali mnie rodzice. Kibicuję wszystkim, bez wyjątku, polskim drużynom reprezentującym nas w europejskich pucharach. Bez tych nie do końca zrozumiałych podziałów: Gdańsk, Warszawa, Poznań, czy Kraków. Nie jestem szowinistą.

Były reprezentant o Michniewiczu: rzucił się do wymiany ciosów i ją przegra

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. Getty)

Były reprezentant o Michniewiczu: rzucił się do wymiany ciosów i ją przegra

"El Barbero". Hiszpanie piszą o kontaktach Michniewicza z "Fryzjerem"

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. PAP)

"El Barbero". Hiszpanie piszą o kontaktach Michniewicza z "Fryzjerem"

– No tak, ale transfery pomiędzy klubami z Trójmiasta to raczej rzadkość. Przychodzi mi jeszcze do głowy Tomasz Korynt.
– Tak, Tomek zamienił Lechię na Arkę. Mieszka w Gdyni, ale czasem pojawia się na meczach biało–zielonych i z tego co się orientuję, to spotyka się z szacunkiem.

– I na tym może poprzestańmy. Chciałbym zapytać o Mundial w Argentynie. A przede wszystkim o atmosferę w zespole, która ponoć do najlepszych nie należała.
– Mówiąc wprost – atmosferę popsuł trener Gmoch. Byłem na tych mistrzostwach, ale nie grałem ani minuty. Do Argentyny poleciał najlepszy zespół w historii polskiej piłki nożnej. Jak doskonale pan wie, grono doświadczonych, utytułowanych piłkarzy uzupełnili przecież młodzi – Nawałka, Kusto, Boniek i Iwan.

– Z Kupcewiczem to świetna grupa!
– Istotnie. Tylko wie pan, jest jedno małe "ale"…
Jeżeli dochodzi do rękoczynów zawodników, to trudno o zdrowe relacje. Proszę się zastanowić, czy Kazimierz Górski pozwoliłby sobie na to? Nie musi pan nawet odpowiadać. Wina leżała po stronie Gmocha. Oczywiście, mogę się mylić. Nie każdy musi podzielać moje zdanie. Jeśli jednak sięgnę pamięcią głębiej, to pierwszymi skojarzeniami związanymi z Argentyną są niesnaski w zespole, ograniczające szanse na sukces. A mogliśmy wtedy osiągnąć bardzo wiele.

– Tym większy żal.
– Nieporozumienia w szatni, nawet przy stole pingpongowym, zaważyły na wynikach.

– A dlaczego pan nie pojawił się na boisku?
– W meczu z Argentyną miałem pojawić się na murawie. Na dwadzieścia minut przed końcem, przy stanie 2:0 dla gospodarzy, trener Gmoch szykował mnie do gry. Na nieszczęście dla mnie zaoponował Waldek Obrębski, prowadzący reprezentację olimpijską:
– "Nie wpuszczaj Janusza, bo i tak nie zmieni wyniku, a nie będzie mógł grać u mnie."

– Rozumiem. Przepisy.
– Jeśli zagrałbym choć przez minutę, to automatycznie wypadałbym z kadry młodzieżowej. Ten występ przekreśliłby me szanse na udział w kolejnych eliminacjach. W niczym zatem nie pomogłem, a na koniec okazało się, że… w jednym z występów u trenera Obrębskiego zobaczyłem czerwoną kartkę.

– Było rozgoryczenie?
– Nie, nic z tych rzeczy. Waldemar Obrębski, świętej pamięci, był ciepłym, wyważonym człowiekiem. Chciał przecież dobrze, liczył na mnie w młodzieżówce. Cóż, trudno.

– Ponoć do Argentyny jechaliśmy po mistrzostwo świata.
– Wie pan, nie odbieram Gmochowi prawa do własnych sądów. Może mówić co chce. I umówmy się, to piąte czy szóste miejsce nie było aż tak wielką kompromitacją.

– Dobrze, ale po sukcesach podczas igrzysk w Monachium 1972 i srebrnym medalu z 1974 roku apetyty kibiców z pewnością były większe. Nie wspominając o Montrealu, choć tamto drugie miejsce odebrano jak klęskę. Daj nam Boże jak najczęściej podobne rozczarowania.
– No tak, to już inna kwestia. Wynik w Argentynie był przyzwoity. Tylko tyle i aż tyle.

– Ale tak po prawdzie, przy zainteresowaniu turniejem argentyńskiej junty, to pewnie trudno byłoby nam wywalczyć tytuł…
– Tak, gospodarze startowali do zmagań z uprzywilejowanej pozycji…
Ale zostawmy ten temat. Było – minęło.

– Proponuję zatem porozmawiać o kolejnych finałach mistrzostw świata. Od razu poprawią nam się humory.
– Dużo mówi się teraz o izolacji polskich sportowców na arenie międzynarodowej, podkreślając brak wartościowych sparingów przed turniejem. Nie do końca się z tym zgadzam, podczas zgrupowań kadry mierzyliśmy się przecież z zespołami ligowymi z zagranicznych lig. Okazało się, że nawet bez odpowiednich przygotowań można było wygrać wiele.

– Jak, nie przymierzając, Duńczycy w 1992 roku.
– Którzy pojechali na mistrzostwa Europy prosto z urlopu. A wracając do Hiszpanii, nie uważam, by te czynniki miały aż tak wielkie znaczenie. Większe kłopoty mieliśmy już na miejscu.

– Mówi pan o hotelu bez klimatyzacji?
– Otóż to. Nic przyjemnego, proszę mi wierzyć.

– Wierzę, bo przez trzy lata mieszkałem w Hiszpanii. Co jeszcze dokuczało?
– Sprzęt Adidasa, nienajlepszej jakości. Sytuacja uległa zmianie dopiero, gdy kilku kolegów postanowiło zamalować jeden z trzech charakterystycznych pasków. Po tym proteście otrzymaliśmy sprzęt wysokiej klasy, gwoli ścisłości – nawet całą furgonetkę. Oprócz tego na mecz finałowy mieliśmy polecieć do Madrytu samolotem. Przynajmniej taki był plan. Finał na żywo, przygotowane bilety. Tymczasem trasę z Alicante do stolicy pokonaliśmy autokarem. Jechaliśmy całą noc, niektórzy spali nawet na podłodze. Ale to jeszcze nie wszystko. Na miejscu okazało się bowiem, że bilety też zniknęły.

– Bez komentarza?
– Wszelkie słowa są tutaj zbędne.

"El Barbero". Hiszpanie piszą o kontaktach Michniewicza z "Fryzjerem"

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. PAP)

"El Barbero". Hiszpanie piszą o kontaktach Michniewicza z "Fryzjerem"

Główny sponsor reprezentacji zareagował ws. Michniewicza

Czytaj też

Czesław Michniewicz

Główny sponsor reprezentacji zareagował ws. Michniewicza

– Nie sposób jednak pominąć meczu ze Związkiem Radzieckim i towarzyszącym mu podtekstów.
– Zdawaliśmy sobie sprawę z wagi tego spotkania. Aby awansować do strefy medalowej wystarczał nam remis. Przypomnę, że po dobrym meczu wygraliśmy z Belgią aż 3:0, a rywale wygrali z nimi różnicą tylko jednej bramki. Czuliśmy ten ciężar oczekiwań kibiców w Polsce, wręcz widzieliśmy oczami wyobraźni zamierający ruch na ulicach i miliony ściskających kciuki przed telewizorami. O innych podtekstach nie muszę chyba panu mówić, było ich przecież co niemiara.

– Mecz do najładniejszych nie należał.
– Co tu dużo mówić, nie było to porywające spotkanie. Skupiliśmy uwagę przede wszystkim na realizacji założeń taktycznych, choć nie ukrywam, że daliśmy z siebie bardzo wiele. Najmniejszy błąd, najmniejsza chwila dekoncentracji oznaczały bowiem pożegnanie ze strefą medalową.

– A relacje na trawie? Była wrogość?
– Wbrew pozorom – nie. Zresztą, jakie mogliśmy mieć zarzuty pod adresem piłkarzy radzieckich? Przecież byli sportowcami, podobnie jak my. Także oni z niepokojem oczekiwali nadejścia tego spotkania. Obyło się bez złośliwości i brutalnej gry.
Wprawdzie nie dokończyłem meczu z powodu kontuzji, ale nie miałem do nikogo pretensji. Urazy zdarzają się w ferworze walki, przyjąłem to do wiadomości. Ale jakże inne to były czasy. Stan wojenny, łączenie sportu z polityką. Generalnie, jestem temu przeciwny, choć w tym konkretnym przypadku nie mogliśmy uciec od domysłów. Na szczęście po końcowym gwizdku dywagacje straciły sens. Wyjście z trzyosobowej grupy dawało nam przecież medal. Przypomnę, że przyznawano złote, pozłacane, srebrne i brązowe. Mieliśmy o co walczyć. I tylko to się liczyło.

– Jaka atmosfera była w zespole po dwóch pierwszych meczach?
– Remis z Włochami przyjęliśmy z zadowoleniem. Inauguracji wielkiego turnieju zwykle towarzyszy niepewność.

– Trochę jak w Argentynie po meczu z Niemcami.
– Tak, nastroje były podobne. Ale już przed meczem z Kamerunem jedyną niewiadomą pozostawała liczba bramek, którą miał zdobyć nasz zespół. Nie ma się co oszukiwać, było inaczej. Sytuacje owszem, były, ale żadna z nich nie zakończyła się golem. Zrobiło się więc nerwowo. Stanęliśmy pod ścianą.

– W arcyważnym spotkaniu z Peru był pan w podstawowym składzie.
– Bez obciążenia psychicznego i na totalnym luzie. Zdawałem sobie sprawę, że w razie ewentualnego niepowodzenia, krytyka skupi się na tych, którzy decydowali o grze zespołu.

– Bez obciążeń zawsze gra się łatwiej.
– Oczywiście, że tak. Mam skalę porównawczą z debiutem w kadrze przeciwko Argentynie. 100 tysięcy, stres. Ten 20 minutowy epizod kosztował mnie sporo nerwów, nie zaprezentowałem się najlepiej.

– Nerwów nie brakowało też w meczu z Peru.
– Dość długo utrzymywał się bezbramkowy remis, rywale wbrew pozorom nie należeli do słabeuszy. Do szatni schodziliśmy w kiepskich nastrojach.

– W potyczce z Francją padły zaś na murawie twarde, męskie słowa : "- Weź go pan, k…, zdejmij! "
– Wersja Zbigniewa Bońka, było oczywiście inaczej. W jednym z wywiadów wrócił do tamtej sytuacji, plotąc coś o mej rzekomo niewystarczającej koncentracji. Ale wie pan przecież, dziennikarze nie chcą za bardzo wspominać o takich sprawach.

– Wygodniej pisać peany.
– Ma pan całkowitą rację. Boniek mija się prawdą, nie tylko zresztą w tym przypadku. W przerwie meczu Antoni Piechniczek zwrócił się do Władysława Żmudy :
– "Władek, czy mam zmienić Janusza? "
Reakcja Żmudy była dość gwałtowna :
–" Odp… się pan, to pan jest trenerem, nie ja…(…)."

– Mogę to napisać?
– Oczywiście, przecież nie szukam taniej sensacji i nie wygaduję czegoś pod publikę, co nie ma potwierdzenia. Nie w tym rzecz. Tak było w szatni i taka jest prawda, a moje osobiste relacje z Bońkiem nie mają większego znaczenia. Irytuje mnie zakłamywanie faktów, także przez przychylnych prezesowi związku dziennikarzy. Mniejsza o to. Inny przykład. Kilka lat temu o mało szlag mnie nie trafił, gdy przeczytałem kolejną ze złotych myśli Zbigniewa Bońka. Stwierdził mianowicie, że podczas amerykańskiego etapu życia Deyny, tuż przed śmiercią Kazia, obaj pozostawali w dobrej komitywie! To bardzo przykre słowa, ukierunkowane chyba tylko i wyłącznie na zjednanie sobie sympatii kibiców Legii. Ręce opadają. Proponuję, by do relacji na linii: Boniek – Deyna ustosunkował się Władek Żmuda. Łączyły go z Kaziem bliskie więzi, więc taka opinia byłaby obiektywna. Boniek zawsze mówi dużo i chętnie, choć czasami mógłby nie wypowiadać się w ogóle.

– No dobrze, wróćmy do piłki… Włosi byli do przejścia?
– Czy ja wiem? Po wyjściu z grupy dopadło nas chyba samozadowolenie. Przecież mieliśmy już zapewniony medal i prawdopodobnie pozwoliliśmy sobie na zbyt wiele. Z perspektywy uważam, że nie powinniśmy wówczas pozwolić sobie na pewne zachowania. Inna rzecz, że Włosi grali dobrą piłkę, zostali przecież mistrzami świata, byli ze świetnym Paolo Rossim w składzie. Może gdybym miał trochę więcej szczęścia przy rzucie wolnym losy meczu ułożyłyby się inaczej? Trafiłem tylko w słupek.

– "Jeszcze jedno marzenie polskiego sportowca (…)" – tak skomentował zdobytą przez pana bramkę w meczu o III miejsce legendarny Jan Ciszewski. Piękne słowa. Nawet po czterdziestu latach chwytają za serce!
– Tak, chyba tak… Jasiu był niezwykle szanowany. Czasami pojawiał się w szatni.
Ze szczególną sympatią podchodził do mnie, nie do końca nawet wiem z jakich powodów. Wyczuwałem sporą życzliwość, a ponieważ pozostawaliśmy w dobrej komitywie, to orientował się również w mej sytuacji rodzinnej.

– I stąd ten emocjonalny komentarz po niezapomnianym golu z rzutu wolnego?
– Zgadza się. Tata cierpiał na postępowy zanik mięśni, szczerze powiedziawszy – choroba dokuczała mu już od przeszło dwóch lat. Bramkę w meczu z Francją zadedykowałem właśnie jemu. Dałem upust ogromnym emocjom. Tacie zawdzięczam sporo, a jeśli chodzi o piłkę, to najwięcej. Przecież wstawał ze mną o 6 rano, motywował do ciężkiej pracy. Bardzo brakuje mi teraz rodziców.

– Historii niestety nie zmienimy.
– Są to rany z gatunku tych, które nigdy się nie zagoją. Zawsze brakuje nam bliskich, ale z drugiej strony i każdy z nas chciałby pożyć jak najdłużej, prawda?

– No właśnie. A i Jana Ciszewskiego brakuje. Jaki był?
– Wyjątkowo serdeczny, ciepły, zarażający uśmiechem. Był przesympatycznym człowiekiem, trudno znaleźć drugiego takiego sprawozdawcę. Podupadał na zdrowiu, cukrzyca nie dawała za wygraną. Z tego powodu czasem zdarzały mu się pomyłki.

– A kto ich nie popełnia? To niewdzięczny zawód. W dobie social mediów każda, nawet najmniejsza pomyłka jest wychwycona. Dariusz Szpakowski omyłkowo nazwał Messiego Maradoną. Niewielu dostrzegło wówczas urok tej wpadki.
– Ma pan rację, bo niektórym sprawozdawcom wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy. Kreują się na nieomylnych. Wiedzą wszystko lepiej od innych, znają się lepiej od innych i w mediów domagają się atencji. Zawsze i wszędzie.

– A niektórzy nie znają zapachu szatni.
– Otóż to. Komentują pracę sędziów, co raczej nie powinno należeć do ich kompetencji. Nie zawsze właściwie oceniają to, co dzieje się na boisku. Nie chciałbym, aby odebrał pan moje słowa zbyt jednoznacznie, ale niektórych sprawozdawców słucham z nieukrywaną przyjemnością. Pamiętajmy jeszcze o zmieniających się czasach, trendach. Pół wieku temu Jasiu Ciszewski był jedynym komentatorem piłkarskim, a zatem i pewnego rodzaju punktem odniesienia dla piłkarzy, kibiców i innych dziennikarzy. A wspomniany przez pana Dariusz Szpakowski jest przecież wychowankiem Jasia.

Główny sponsor reprezentacji zareagował ws. Michniewicza

Czytaj też

Czesław Michniewicz

Główny sponsor reprezentacji zareagował ws. Michniewicza

Szarża Michniewicza jest tak absurdalna, że trudno w to uwierzyć [OPINIA]

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. 400mm.pl)

Szarża Michniewicza jest tak absurdalna, że trudno w to uwierzyć [OPINIA]

– Zastanawiam się, jak odnalazłby się Ciszewski w dzisiejszym, zgoła innym dziennikarstwie.
– Uważam, że by sobie poradził. Z wrodzonym optymizmem, z pokładami entuzjazmu należałby do absolutnej czołówki. Jestem o tym przekonany.

– A ja muszę przyznać, że podoba mi się aranżacja ówczesnego studia telewizyjnego.
– Umówmy się, że tv to była to jedna z nielicznych rozrywek. Zupełnie inne czasy. Dziś młodzież może do woli wybierać z szerokiej gamy możliwości, my natomiast sobie sami organizowaliśmy rozrywki. Każda związana była z ruchem, żyło się tym, choć nie tylko piłką nożną.

– I stąd brała się ta sprawność fizyczna?
– Oczywiście, szeroko pojętą sprawność ogólną nabywało się od najmłodszych lat. Jeśli chodzi o mnie, to w dużej mierze wychowało mnie podwórko. Pamiętam dobrze tę piłkę kopaną na kartofliskach, którą należało kontrolować, prowadzić, rozglądać się wokół. Pamiętam też mnóstwo innych zabaw. Inne czasy, bez porównania.

– A ten medal w Hiszpanii był jak promyk nadziei w tych niełatwych czasach.
– Zapanowała ogólna radość. Na chwilę zatarły się wszelkie różnice, nawet internowani śledzili w telewizji nasze występy. Pika integrowała, taka jest prawda. Nawet na ligowych meczach stadiony pękały w szwach, wystarczy przypomnieć Legię, czy Górnika. A te mecze kadry na Stadionie Śląskim? W "Kotle czarownic", przy stu tysiącach kibiców? Dziś niewyobrażalne. Ale powiem panu szczerze, że obecny Stadion Śląski nie do końca mnie przekonuje. Niby imponuje architekturą i wykonaniem, ale to chyba nie jest to, co kiedyś. Całość za bardzo przypomina arenę lekkoatletyczną.

– Nad starym stadionem górowały topole.
– Ich także mi brakuje. Jakoś nie jestem przekonany teraz do tego obiektu.

– Aha, zapomniałbym. Miałem zapytać na początku. Dlaczego Joao Havelange przekazał tacę z medalami Władysławowi Żmudzie?
– Nie wiem. Nie ukrywam, że i my byliśmy tym faktem nieco zdziwieni. Może taką, a nie inną formę przekazania nakreślono w scenariuszu? Swoją drogą, to ciekawe, czy gdyby mecz o III miejsce wygrali Francuzi, to miałoby podobny przebieg? Mniejsza o to, ja bardzo cieszę się z tego medalu mistrzostw świata.

– A gdybym miał tak jeszcze spytać o stary stadion Arki Gdynia i legendarną "Górkę"?
– To już inna historia!

– Ożywił się pan w jednej chwili!
– Nie może być inaczej. Co ja mogę powiedzieć, trochę brakuje mi odpowiednich słów…

– Łamie się głos, ożywają wspomnienia…
– To był piękny obiekt, z oświetleniem i usytuowanym nieopodal boiskiem treningowym. Gdyby go systematycznie modernizowano, to mógłby stać się najpiękniejszą areną w Polsce, a kto wie, czy nie w całej Europie.

– To historia bez happy–endu. Także w Gdyni sport przegrał z ekonomią.
– Niestety.

– Na miejscu dawnego obiektu AKS–u Chorzów stoi market, a stadion Górnika Wałbrzych, na którym grał dobrze panu znany Włodzimierz Ciołek popada w ruinę… Można by wymieniać dalej.
– W Wałbrzychu byłem kilka lat temu. Z czystej ciekawości odwiedziłem stadion i muszę przyznać, że się przeraziłem. Przykry widok. A Ruch Chorzów? Przecież to wielce zasłużony klub, a obecne pokolenie zawodników rozgrywa mecze w…

– … w skansenie.
– Wszystko się tam sypie, szkoda mówić. Przykro patrzeć. Wspomniał pan ten Wałbrzych i o stadionie Górnika. Sprawiał przygnębiające wrażenie.

– Chciałbym powiedzieć, że wygląda lepiej. Niestety, nie wygląda, mogę nawet podesłać aktualne zdjęcie. A pan Ciołek ponoć odciął się od środowiska, unika mediów.
– Co by nie powiedzieć, Włodek był wielkim piłkarzem. Brylował w Górniku, strzelił gola w meczu z Peru. Ciołek to piłkarska wizytówka Wałbrzycha i akurat tacy ludzie zasługują na szacunek. Zawsze i w każdych okolicznościach.

– Otóż to, szacunek. Słowo – klucz! Okazujemy go na co dzień? I nie tylko w stosunku do klubowych legend.
– Nie. Wiem to po sobie.

– Ale zdarzają się pozytywne przykłady, jak chociażby Lucjan Brychczy w Legii. Traktowany jest w Warszawie z ogromną estymą.
– Fakt, to akurat pozytywny przykład. Z tego co wiem, także krakowska Wisła docenia zasługi Kazimierza Kmiecika. Proszę jednak zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz. Ze świadomości kibiców znikają piłkarze sprzed trzydziestu, czterdziestu i pięćdziesięciu lat. Anonimowymi postaciami dla mych rozmówców okazywali się nawet gracze pokroju Zygfryda Szołtysika.

– Zdumiewające.
– Prawdziwe. Kibice nie znają historii klubów, które wspierają. Nie interesują ich losy dawnych bohaterów, bo to co było wczoraj nie ma już znaczenia.

– Chyba wymaga pan zbyt wiele. Przede wszystkim – ludzie nie czytają. Posiłkują się krótkimi wiadomościami, pełnymi emotikonów. Jedno, dwa zdania i wystarczy.
– Przeszłością interesuje się niewielu. Przykre, ale prawdziwe. Zresztą, czy musimy o tym rozmawiać?

Szarża Michniewicza jest tak absurdalna, że trudno w to uwierzyć [OPINIA]

Czytaj też

Czesław Michniewicz (fot. 400mm.pl)

Szarża Michniewicza jest tak absurdalna, że trudno w to uwierzyć [OPINIA]

Adwokat Czesława Michniewicza: nie chodzi o to, by pan Jadczak szedł do więzienia

Czytaj też

Czesław Michniewicz Szymon Jadczak Piotr Kruszyński zniesławienie

Adwokat Czesława Michniewicza: nie chodzi o to, by pan Jadczak szedł do więzienia

– Racja. Wracamy do pana kariery.
– Tak będzie najrozsądniej.

– No to do Poznania?
– Bardzo chętnie. W Lechu grałem przez rok.

– I było to udanych dwanaście miesięcy.
– Nawet bardzo, wywalczyliśmy przecież tytuł mistrzowski. A czy słyszał pan o okolicznościach mego transferu z Arki do Lecha?

– Nie.
– Były dość niecodzienne.

– Zamieniam się w słuch.
– Po udanym Mundialu w Hiszpanii znalazłem się w orbicie zainteresowań poznaniaków. I od słów do czynów – w końcu trafiłem na Bułgarską. W sfinalizowaniu transferu pomogli kibice, którzy dopingowali nasz zespół podczas mistrzostw świata. Grupa prywaciarzy zapłaciła działaczom Arki za moje wypożyczenie.

– W Poznaniu też było społeczeństwo ofiarne? I to wszystko w czasach komuny?
– Nie chcę wychwalać ich pod niebiosa przy okazji tego wywiadu, bo przecież nie w tym rzecz. Przyznam jedynie, że były to osoby niezwykle zaangażowane w działalność klubu, którym losy Kolejorza leżały na sercu. Ze sporym sentymentem wspominam choćby prezesa Hieronima Nowaka, jak i grę w Poznaniu. Muszę wrócić do jeszcze jednej miłej dla mnie kwestii, mianowicie wyboru Jedenastki wszech czasów.

– Znajdziemy w niej pańskie nazwisko?
– No właśnie, a byłem tam przecież przez zaledwie sezon. To cholernie miłe.

– Towarzystwo też niczego sobie.
– To inna sprawa. Naprawdę nie spodziewałem się takiego wyróżnienia, za które raz jeszcze chciałbym serdecznie podziękować. Piękne to były czasy, nawet mimo tego okropnego stanu wojennego. I nawet dziś często dzwonią do mnie kibice z Poznania. Pytają o zdrowie, zapraszają do Wielkopolski. Podejrzewam, że gdybym nie wyjechał do Saint Etienne, to osiadłbym w Poznaniu na stałe. Pojawiła się jednak szansa wyjazdu do Francji, więc skwapliwie z niej skorzystałem. A w Lechu też nie mogli narzekać, bowiem na moje miejsce przyszedł Heniu Miłoszewicz, prawdziwy kozak. Wydatnie pomógł im w zdobyciu dubletu już w kolejnym sezonie. – Ważne, szczere słowa.
– Heniu był nie gorszym piłkarzem ode mnie.

– Skoro jest sentymentalnie, ponoć bliską panu osobą pozostaje od lat … on, Strejlau?
– Jesteśmy w dobrej komitywie, mogę o nim mówić w samych superlatywach. Prowadził mnie w Larissie, i co istotne – jako jeden z nielicznych trenerów z Polski stawiał na rodaków.
Kaziu Kmiecik przechodził wówczas do Stuttgarter Kickers, a ja go zastąpiłem. Pewne miejsce w zespole miał jeszcze Krzysiu Adamczyk.

– Z książki wyłania się obraz człowieka żyjącego piłką przez 24 godziny na dobę.
– Istotnie, Andrzej taki właśnie jest. Ma dużą wiedzę, piłka stanowi dla niego sens życia. W Larissie robił na przykład ciągłe notatki, nawet podczas wspólnych posiłków. Coś tam sobie kreślił, analizował, a czasem prowadził dialog… sam ze sobą. Współpraca była czystą przyjemnością, zresztą do tej pory jest duża zażyłość.

– W Grecji pracował również Jacek Gmoch. Czy wzajemna niechęć obu kiedyś się skończy?
– Trudno mi odpowiedzieć. Strejlau nie szuka taniego poklasku i podchodzi do pewnych spraw nadzwyczaj surowo. Zarzewiem konfliktu jest ich rola w niezapomnianych dla nas MŚ w 1974 roku. Gmoch uważa, że medal w Niemczech był głównie jego zasługą.

– Podczas lektury wywiadu–rzeki z Gmochem odnajdziemy i takie fragmenty.
– Gmocha też pan czytał?

– Tak, obie książki przeczytałem podczas podróży z Wrocławia do Świnoujścia. Wie pan, ja to mam bardzo dobre połączenie… Ale mniejsza o wojaże, gorsze jest to, że sytuacja tych panów jest patowa.
– Uważam podobnie. Może się mylę, ale Kaziu Górski chętniej konsultował swe decyzje ze Strejlauem. Nie chciałbym podejmować się jednak próby oceny, to nie moja rola. Wyroki niech ferują inni, ja tylko ograniczę się do stwierdzenia kibica, który w 1974 roku śledził zmagania piłkarzy przed telewizorem.

– No dobrze, czas zatem na kolejną zmianę tematu. Teraz Francja.
– Gdyby nie kontuzja, to na pewno osiągnąłbym więcej. Trafiłem na gorszy okres w dziejach Saint Etienne. Ale też nie grałem za dobrze, nie ma sensu się oszukiwać.

– Natrafiłem na ciekawe zestawienie. Po przejściu do Marsylii Arkadiusz Milik stał się bodaj siedemdziesiątym siódmym Polakiem w Ligue 1. W tym samym zestawieniu znalazł się i pan – jako jedno z pięciu… największych rozczarowań. Czyli coś musiało być na rzeczy.
– To już nie było Saint Etienne z 1976 roku, klub chwiała się w posadach. Zespół budowano szybko, bez pomysłu i przejrzystej koncepcji. O ile sobie przypominam, to światło dzienne ujrzała pewna afera podatkowa. Pobyt we Francji wspominam miło, lecz co z tego? W dwóch sezonach aż dziewięć miesięcy straciłem na leczeniu urazów, brzucha i pachwiny. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale kontuzje miały ogromny wpływ na postrzeganie mej gry w lidze. Nie nauczyłem się języka, czułem się trochę zagubiony. Nie spełniłem oczekiwań.

– Rodzina została w Polsce?
– Nie, zawsze zabierałem ją ze sobą. Nie brałem pod uwagę rozłąki z najbliższymi.

– Francuzi musieli pana dobrze zapamiętać. O bramce w Alicante już mówiliśmy, a przecież godzi się przypomnieć o jeszcze jednym meczu. W sierpniu 1982 roku reprezentacja Polski rozgromiła Francję 4:0, a jedną z ważniejszych postaci potyczki na Parc de Princes był właśnie pan.
– Zdobyłem wówczas dwie bramki, rozgrywając dobre zawody. Francuzi obserwowali mnie od dawna, zatem w tamtym transferze nie było przypadku. Szkoda jedynie, że tak się to wszystko potoczyło. W połowie lat osiemdziesiątych z wielkości biało–zielonych nic nie pozostało. Choć muszę powiedzieć, że jest to jeden z najbardziej popularnych klubów we Francji. Ta nazwa wciąż wiele znaczy, porównałbym Saint Etienne do naszego Górnika. Przecież w czasie największych sukcesów zabrzan cała Polska trzymała za nich kciuki.

– A Skaldowie śpiewali piosenki.
– Zgadza się.

– Chciałbym jeszcze o czasach nam współczesnych. Często komentuje pan aktualne wydarzenia, z uznaniem wypowiadając się o klasie Piotra Zielińskiego.
– Rzeczywiście, dość regularnie udzielam wypowiedzi przedstawicielom mediów. Nie wszystkim podobają się głoszone przeze mnie sądy, pragnę jednak zauważyć, że w niektórych sytuacjach zauważam daleko idącą niekonsekwencję ze strony władz futbolowej centrali. Przecież swego czasu Sandecja Nowy Sącz miała być ostatnim klubem, dotkniętym problemami z licencją. Ponoć. A gdzie rozgrywa swoje mecze Raków, walczący o miejsce w europejskich pucharach? W Bełchatowie. Dlaczego nie wyciągamy wniosków z przeszłości, dlaczego w takich Niemczech jeszcze przed startem rozgrywek kluby pierwszej, czy drugiej ligi muszą rzetelnie udokumentować wszelkie działania na niwie organizacyjnej? To nie wszystko. Czy trzykrotna w ostatnich latach reorganizacja ligi wpłynęła korzystnie na jej poziom? Czy awans trzech zespołów z zaplecza ekstraklasy, przy całym dla nich szacunku, podniesie poziom rozgrywek? Przecież ta liga gra dla nas, kibiców! Zadbajmy więc o pewne standardy! Kiedy po raz ostatni osiągnęliśmy sukces w piłce młodzieżowej? Życzyłbym sobie, by nadchodzące zmiany w PZPN-ie rzeczywiście oznaczały nowe otwarcie. Nowy prezes musi skupić się na pracy. Żadne marketingowe sztuczki nie powinny przysłaniać rzeczywistych problemów. A jeśli pyta pan o Zielińskiego, bo miało być także o nim - owszem, lubię patrzeć na jego grę. Jest zaawansowany technicznie, sporo potrafi i dlatego dużo od niego wymagamy.

– Jest piłkarzem klasy międzynarodowej.
– Zapominamy tylko, że otaczają go partnerzy o nieco wyższej klasie. Podobnie zresztą, jak Lewandowskiego. Zieliński to kawał zawodnika, jeden z tych, dla których przychodzi się na stadiony. A wie pan, kiedyś, lata wstecz, rozmawialiśmy z mym świętej pamięci tatą o jednym z moich meczów. Zapadły mi w pamięci słowa: – "Janusz, no i co z tego, że oklaskuje cię 20 tysięcy ludzi, skoro stać cię na więcej?" Tak mi się to skojarzyło, na szybko. Na sukces składa się wiele czynników. Teraz z dobrej strony pokazał się Jakub Moder i zastanawiam się, jak potoczy się ta kariera?

Adwokat Czesława Michniewicza: nie chodzi o to, by pan Jadczak szedł do więzienia

Czytaj też

Czesław Michniewicz Szymon Jadczak Piotr Kruszyński zniesławienie

Adwokat Czesława Michniewicza: nie chodzi o to, by pan Jadczak szedł do więzienia

Rzecznik PZPN zabrał głos. Mówi o pozwie Michniewicza

Czytaj też

Czesław Michniewicz zamierza walczyć z Szymonem Jadczakiem w sądzie (fot. Getty)

Rzecznik PZPN zabrał głos. Mówi o pozwie Michniewicza

– Jest w wieku, w którym musi regularnie grać. To najważniejsze.
– No i sam pan widzi, dlatego nie poszedłem do Legii lub Górnika, tylko zostałem w Arce.

– Ustaliliśmy już, że to była dobra decyzja.
– Każdy z nas stara się jakoś to życie poukładać. Jedni mają predyspozycje do biznesu, drudzy imają się innych zajęć. Jak już mówiłem na wstępie, bardzo cenię sobie dyplom wyższej uczelni. Czy w Zabrzu miałbym możliwość ukończenia studiów? W tamtych czasach może i dałoby się to załatwić po znajomości, ale dziś? Wykształcenie w pracy szkoleniowej jest nieodzowne. Bez papierów ani rusz.

– A czy wyjazdy na zagraniczne staże przynoszą trenerom korzyści?
– Wyjazdy ? Na 10 dni? W Internecie znajdzie pan mnóstwo pomocy dydaktycznych, wszystko jak na dłoni, w jednej chwili. Martwi mnie bardzo poziom piłki młodzieżowej. Nie wyszliśmy z grupy podczas mistrzostw Europy, a media ogłosiły sukces. Czy wymęczone 1:0 z Włochami to sukces? W meczu, w którym broniliśmy się niemal przez 90 minut?

– Z Hiszpanią było już gorzej.
– Dlatego należałoby się zastanowić, które spotkanie było bardziej miarodajne – zwycięstwo w bólach z Włochami, czy klęska z Hiszpanią. Mniejsza o to. Piłka jest coraz bardziej nieprzewidywalna. Nawet wielkie zespoły tracą po kilka bramek, taka Barcelona z Bayernem straciła przecież aż osiem.

– Może sprowokuję pana do zajęcia stanowiska na temat zmiany selekcjonera reprezentacji Polski. Konsekwentnie bronił pan Jerzego Brzęczka.
– Broniłem go, ponieważ wyniki nie były najgorsze.

– A moim zdaniem Brzęczkowi zrobiono krzywdę… i to dwukrotnie. Pierwszy raz dość nieoczekiwaną nominacją na selekcjonera kadry. A po raz drugi całkiem niedawno, kilka tygodni wstecz.
– To ma sens. Nominacja stanowiła niespodziankę, ale teraz wygląda mi to na ruch… jednoosobowy. Kadra Brzęczka nie grała ładnie, tu zapewne będziemy zgodni?

– Oczywiście.
– A mimo wszystko z 10 spotkań w eliminacjach Euro, aż 8 zakończyło się zwycięstwem biało–czerwonych.

– Ale w słabej grupie.
– Niech i tak będzie. Tylko czy znajdziemy dziś w Europie frajerów? Nie te czasy. Słabych nie ma, poziom bardzo się wyrównał. Bilans kadry Brzęczka wygląda dobrze, choć powtórzę raz jeszcze – styl na pewno pozostawiał wiele do życzenia. I to chyba nie jego wina, że w Lidze Narodów potykaliśmy się z przeciwnikami tej klasy, co Holandia i Włochy? A przecież utrzymaliśmy się w grupie. Niechaj więc Paolo Sousa udowodni wartość w konfrontacji z topowymi drużynami. Nie chcę, by opatrznie mnie pan zrozumiał, nie neguję osiągnięć Portugalczyka. Za nim naprawdę piękna kariera, okraszona dwukrotnym zwycięstwem w Lidze Mistrzów. Oby wiodło mu się jak najlepiej. Prezes Boniek podjął spore ryzyko i dla mnie jest to, mimo wszystko, spora niewiadoma.

– Wspomniał pan Włochów. Odradzają się aż miło.
– I jeśli dobrze się zastanowić, to mogliby wystawić przynajmniej dwie równorzędne jedenastki. Dobrze pracują z młodzieżą, co niebawem zaprocentuje. A my? Mierzmy siły na zamiary! W rywalizacji z Włochami i Holandią wygralibyśmy może raz w dziesięciu spotkaniach. Nie jesteśmy potentatami. Już chyba z Niemcami byłoby nam łatwiej.

– Tam akurat pewna formuła się już wyczerpała.
– Jestem podobnego zdania.

– A jak podobała się panu pierwsza pielgrzymka… Wróć – konferencja selekcjonera Sousy?
– Ha, ha, ha!

– Powiedziałem coś nie tak?
– Skądże. Śmieję się pod nosem, gdyż w podobnym tonie rozmawiałem z Michałem Globiszem. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to może jakiś przedstawiciel kościoła przyjechał do Polski? Piwa wypić nie można, a na dzień dobry papieskie sentencje.
Tylko co będzie, gdy spadnie temperatura powietrza? Zawczasu proponuję, by nie organizowano treningu. A przecież akurat w marcu często u nas pada deszcz, zatem może warto od razu zorganizować zgrupowanie kadry, chociażby na Malediwach? A pamięta pan tego Portugalczyka, który swego czasu prowadził Legię?

– Sa Pinto. Pamiętam.
– Nasprowadzał na Łazienkowską swoich ludzi, a po przegranym meczu nie podał ręki naszemu trenerowi. Pełna kultura! Czy południowa mentalność zostanie zaakceptowana w kadrze? Nie chcę wyciągać pochopnych wniosków i nie posądzam Sousy o podobne praktyki. To tylko osobiste rozważania. Być może niektórzy pukną się za chwilę w czoło i powiedzą : – Co ten Kupcewicz wygaduje? Ich prawo. Koniec końców, nie zwolniłbym Brzęczka. Jeśli już, to po Lidze Narodów, nie teraz. I niechaj każdy odbierze te słowa tak, jak chce. To moje zdanie. Uważam, że postąpiono nie fair…

Rozmawiał Sebastian Piątkowski

Rzecznik PZPN zabrał głos. Mówi o pozwie Michniewicza

Czytaj też

Czesław Michniewicz zamierza walczyć z Szymonem Jadczakiem w sądzie (fot. Getty)

Rzecznik PZPN zabrał głos. Mówi o pozwie Michniewicza

Koniczynka zamiast Orzełka. Górski ikoną Panathinaikosu
Kazimierz Górski (fot. TVP)
Koniczynka zamiast Orzełka. Górski ikoną Panathinaikosu

Zobacz też
Awans Polski w rankingu FIFA. Wyprzedziła… Rosję
Robert Lewandowski (fot. Getty Images)

Awans Polski w rankingu FIFA. Wyprzedziła… Rosję

| Piłka nożna / Reprezentacja 
Rywal Polski w el. MŚ osłabiony. Poważna kontuzja obrońcy
Leo Vaisanen (fot. Getty)

Rywal Polski w el. MŚ osłabiony. Poważna kontuzja obrońcy

| Piłka nożna / Reprezentacja 
PKO BP Ekstraklasa: oglądaj transmisje w TVP Sport! [ZAPOWIEDŹ]
PKO BP Ekstraklasa 2024/25: oglądaj transmisje w TVP Sport! [ZAPOWIEDŹ]

PKO BP Ekstraklasa: oglądaj transmisje w TVP Sport! [ZAPOWIEDŹ]

| Piłka nożna / PKO BP Ekstraklasa 
Bilety na Polska – Mołdawia. Jak i gdzie kupić? Sprawdź ceny!
Bilety na Polska – Mołdawia. Jak i gdzie kupić? Sprawdź ceny! (fot. Getty)

Bilety na Polska – Mołdawia. Jak i gdzie kupić? Sprawdź ceny!

| Piłka nożna / Reprezentacja 
PZPN ogłosił ceny biletów na mecz z Mołdawią. Kibice wściekli
Piłkarze reprezentacji Polski (fot. Getty Images)

PZPN ogłosił ceny biletów na mecz z Mołdawią. Kibice wściekli

| Piłka nożna / Reprezentacja 
wyniki
terminarz
tabela
Wyniki
24 marca 2025
Piłka nożna

Polska

Malta

Litwa

Finlandia

21 marca 2025
Piłka nożna

Polska

Litwa

Malta

Finlandia

Terminarz
07 czerwca 2025
Piłka nożna

Malta

16:00

Litwa

10 czerwca 2025
Piłka nożna

Holandia

18:45

Malta

04 września 2025
Piłka nożna

Litwa

18:45

Malta

07 września 2025
Piłka nożna

Litwa

18:45

Holandia

09 października 2025
Piłka nożna

Finlandia

18:45

Litwa

Malta

18:45

Holandia

Tabela
El. MŚ, Europa, grupa G
 
Drużyna
M
+/-
Pkt
1
2
3
6
2
2
1
4
3
Litwa
Litwa
2
-1
1
4
0
0
0
5
Malta
Malta
2
-3
0
Najnowsze
Sprawdź terminarz i plan transmisji 26. kolejki Betclic 1 Ligi
Sprawdź terminarz i plan transmisji 26. kolejki Betclic 1 Ligi
| Piłka nożna / Betclic 1 Liga 
W jednym z meczów 26. kolejki Betclic 1 Ligi Wisła Kraków zagra z Wartą Poznań (fot. Getty Images)
Barcelona zachwycona Szczęsnym. O Niemcu nikt nie myśli
Wojciech Szczęsny przeżywa znakomity czas w Barcelonie (fot. Getty).
polecamy
Barcelona zachwycona Szczęsnym. O Niemcu nikt nie myśli
Jakub Kłyszejko
Jakub Kłyszejko
Kiedy Zieliński wróci do gry? Włosi rozwiewają wątpliwości
Piotr Zieliński (fot. Getty)
nowe
Kiedy Zieliński wróci do gry? Włosi rozwiewają wątpliwości
| Piłka nożna / Włochy 
Polska sędzia poprowadzi mecze elitarnych rozgrywek!
Paulina Gajdosz (fot. PAP)
nowe
Polska sędzia poprowadzi mecze elitarnych rozgrywek!
| Koszykówka 
Kulesza skomentował porażkę. Mówi o "tchórzostwie"
Cezary Kulesza (fot. Getty)
Kulesza skomentował porażkę. Mówi o "tchórzostwie"
| Piłka nożna 
Zaskakujące powołanie do reprezentacji Polski
Nikola Grbić (fot. Getty)
Zaskakujące powołanie do reprezentacji Polski
| Siatkówka / Reprezentacja 
Niezbędnik kibica Ekstraklasy. Sprawdź szczegóły 27. kolejki
Niezbędnik kibica 27. kolejki PKO BP Ekstraklasy. Terminarz, wyniki i przewidywane składy (4.04.-7.04.2025)
Niezbędnik kibica Ekstraklasy. Sprawdź szczegóły 27. kolejki
| Piłka nożna / PKO BP Ekstraklasa 
Do góry