W nocy z środy na czwartek Golden State Warriors wygrali 48. mecz w tym sezonie i są na najlepszej drodze do tego, by pobić legendarny rekord zwycięstw Chicago Bulls. By to uczynić, muszą zwyciężyć w 25 z 30 pozostałych do końca sezonu spotkań.
Michael Jordan, Scottie Pippen, Toni Kukoć, Dennis Rodman, Ron Harper, Luc Longley, Bill Wennington i Steve Kerr – to filary zespołu, który w sezonie 1995/1996 wygrał 72 z 82 meczów fazy zasadniczej, ustanawiając nowy rekord NBA. Rekord, który przez wiele lat uważany był za "nie do pobicia". Aż do teraz.
Golden State Warriors, aktualni mistrzowie NBA, już w poprzednich rozgrywkach zwyciężyli w 67 spotkaniach. Te obecne zaczęli od 24 kolejnych wygranych, bijąc rekord klubu i zachwycając wszystkich obserwatorów – także tych, którzy twierdzili, że koszykarze z Oakland "lepsi niż w poprzednim roku na pewno nie będą". Będą i są, a dyskusje o pobiciu o słynnego osiągnięcia Byków mają teraz więcej sensu, niż kiedykolwiek wcześniej. Przed Weekendem Gwiazd bilans Warriors to 48 zwycięstw i 4 porażki.
Nie przegrywają z mocnymi
Gdy wygrywali pięć, dziesięć, a potem dwadzieścia spotkań z rzędu, wielu było takich, którzy tonowali nastroje. "Spójrzcie na terminarz, przecież nie grali jeszcze z żadnym poważnym rywalem" – tłumaczono. I istotnie, największe wyzwania miały dopiero nadejść: mecze z Cleveland Cavaliers (25 grudnia, 18 stycznia), San Antonio Spurs (25 stycznia, 19 marca, 7 kwietnia, 10 kwietnia), Oklahoma City Thunder (6 lutego, 27 lutego, 3 marca) powszechnie uznawano za papierek lakmusowy dla młodej, wciąż uczącej się drużyny z Oakland.
Cztery z dziewięciu już za nimi. Bilans? 4:0. Z faworyzowanymi Spurs wygrali 120:90, Cleveland Cavaliers najpierw pokonali w bożonarodzeniowym rewanżu za finał NBA (89:83), a potem rozbili w ich hali 132:98 i znacząco przyczynili się do zwolnienia trenera Davida Blatta. Ostatnio wygrali też z Thunder (116:108), choć wybitny mecz rozegrał Kevin Durant (40 pkt, 14zb.), a Stephen Curry i Klay Thompson trafili łącznie tylko 2 z 15 rzutów za trzy. Choć wszyscy najlepsi szkoleniowcy w lidze głowią się, jak Warriors pokonać, coraz więcej przyznaje uczciwie, że... to prawie niemożliwe.
Uwaga na rotację
Koszykarze Golden State przegrali jak na razie tylko cztery spotkania. Z Milwaukee Bucks (95:108) zagrali jednak bez Harrisona Barnesa. Z Dallas Mavericks (91:114) bez Barnesa i Stephena Curry'ego. Z Denver Nuggets (110:112) nie było Draymonda Greena, a jedyną porażkę w pełnym składzie ponieśli z Detroit Pistons (95:113). Wnioski nasuwają się same: jeśli Warriors przegrywają, to przede wszystkim dlatego, że któryś z kluczowych graczy odpoczywa lub jest kontuzjowany.
Jeżeli więc Steve Kerr (trener Warriors) jest zainteresowany pobiciem rekordu, musi uważać. Największe zagrożenie prawdopodobnie wcale nie czai się bowiem w halach w Oklahomie czy San Antonio, ale w nieco lekceważącym podejściu do słabszych rywali.
Luty prawdy
Kwestia rekordu może na dobrą sprawę rozstrzygnąć się jeszcze w lutym. Tuż po Meczu Gwiazd w Toronto koszykarzy z Oakland czeka bowiem sześć kolejnych spotkań wyjazdowych: z Portland Trail Blazers (19.02), Los Angeles Clippers (20.02), Atlanta Hawks (22.02), Miami Heat (24.02), Orlando Magic (25.02) i na koniec z Oklahoma City Thunder (27.02). Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że jeśli nie przegrają więcej niż jednego, wielcy Chicago Bulls z sezonu 1995/1996 będą zmuszeni powoli opuszczać koszykarski piedestał.
Jeśli powiedzie im się gorzej, szanse wciąż będą oczywiście spore. Dużo zależeć będzie od samej końcówki, gdzie na Warriors czekają cztery pozornie trudne mecze: ze Spurs (7.04), Grizzlies (9.04), Spurs (10.04) i Grizzlies (13.04). "Pozornie", bo Gregg Popovich najpewniej będzie już wówczas oszczędzał wszystkich najbardziej doświadczonych graczy (Tony'ego Parkera, Manu Ginobiliego i Tima Duncana), a Memphis Grizzlies radzić będą sobie musieli Marca Gasola, jednego z najlepszych graczy NBA, który przed kilkoma dniami złamał stopę i do maja raczej nie zagra.
Wygranie 25 z 30 pozostałych do końca sezonu spotkań jest oczywiście jak najbardziej w zasięgu możliwości Golden State Warriors. Przewyższają ligę poziomem gry, a Stephen Curry, Draymond Green i Klay Thompson znajdują się w ścisłej czołówce najlepszych koszykarzy świata. Jeśli nie zdarzy się nic nieprzewidzianego, jeśli nie nastąpi żaden nagły spadek formy (a nie takie historie NBA już widziało), wiele wskazuje na to, że klub z Oakland zapisze się na kartach historii sportu złotymi zgłoskami...