28 czerwca 1991 roku Mike Tyson po raz drugi starł się z Donovanem "Razorem" Ruddockiem. Trzy miesiące wcześniej najmłodszy mistrz świata w historii wagi ciężkiej znokautował rywala w siódmej rundzie, ale decyzja sędziego o przerwaniu pojedynku była kontrowersyjna i wywołująca dyskusje. Drugie starcie było brutalne, "brudne" i naznaczone nieczystymi zachowaniami po obu stronach wojennej barykady. We wtorek o 21:25 w Retro TVP Sport wrócimy do pamiętnego boju! Transmisja w TVP Sport, TVPSPORT.PL i w naszej aplikacji mobilnej.
Tyson w szczycie formy uważany był za najniebezpieczniejszego człowieka na świecie. Gdy w 1986 roku znokautował w drugiej rundzie Trevora Berbicka, sięgając po mistrzostwo świata WBC w wadze ciężkiej, stał się najmłodszym czempionem w historii. Miał wtedy dokładnie 20 lat, 4 miesiące i 22 dni. Do dzisiaj pozostaje rekordzistą i powinien nim być przez kolejne dekady.
Odbudowa pozycji
Legenda Amerykanina podupadła nieco w 1990 roku, gdy kompletnie nieprzygotowany poleciał do Japonii i dostał lanie od Jamesa "Bustera" Douglasa. I pobił kolejny z rekordów, bo faworytem był tak zdecydowanym, iż wiele kasyn nawet nie przyjmowała zakładów na jego ewentualną wiktorię.
Po tamtej porażce błyskawicznie próbował odbudować nadszarpniętą reputację, a Ruddock miał być jednym z elementów tej powrotnej układanki. W marcu 1991 roku panowie spotkali się w Mirage Hotel w Las Vegas, a "Bestia" wygrała tamtą walkę w siódmej rundzie. Problem w tym, że ringowy Richard Steele zdaniem wielu przedwcześnie przerwał pojedynek, w którym swoje momenty miał również świetnie przygotowany "Razor". Kanadyjczyk był wtedy notowany na drugim miejscu w rankingach światowych federacji.
– Nie jestem zadowolony, stać mnie na więcej. Walczmy raz jeszcze. Nie boję się tego gościa – komentował poirytowany gwizdami Tyson.
Zaledwie trzy miesiące później, ponownie w tym samym miejscu, doszło do drugiego spotkania. Cały świat co prawda czekał na pojedynek Tysona z Evanderem Holyfieldem, czyli panującym mistrzem wszechwag. Panowie przez kilka lat mijali się tylko w największych sportowych arenach.
Nic dwa razy
"Razor" ponoć był tak niepocieszony rozstrzygnięciem pierwszej potyczki, że za cel honoru stawiał sobie wyrównanie rachunków. – Nie podpisałem kontraktu dla pieniędzy. Zrobiłem to, by zlać Tysona – odgrażał się na konferencjach prasowych.
Druga odsłona znakomicie się sprzedała. W Stanach Zjednoczonych transmitowano wydarzenie w płatnym systemie pay-per-view, a abonament wykupiło ponad 1,2 mln osób. To wynik o ponad 200 tysięcy lepszy niż wcześniejsze starcie Holyfielda z Douglasem, co przekładało się na kolejne miliony dolarów zysku.
Ponownie nie zabrakło nokdaunów, a na deskach dwukrotnie lądował Ruddock. Więcej mówiło się jednak o intencjonalnych faulach. Już w pierwszej rundzie Kanadyjczyk zaczął prowokację zwieńczoną uderzeniami po gongu. Gama przewinień była pełna, ale co najważniejsze, nie brakowało również potwornych ciosów. Kto wie, jakby poradził sobie "Razor", gdyby nie był... jednoręki. Jego taktyka bazowała głównie na pracy lewej ręki, podczas gdy prawa była zdecydowanie zbyt pasywna. Łącznie zadał 124 mocne ciosy, a jego konkurent trafił 206 razy.
Walka trwała dwanaście rund i zakończyła się jednogłośnym triumfem Tysona, a obaj zawodnicy stracili aż cztery punkty za faule.
Ostatni taniec przed kryminałem
Ta konfrontacja była też wyjątkowa z innych względów. Był to bowiem ostatni występ Tysona przed odsiadką w zakładzie karnym, która właściwie zakończyła jego wielką karierę. Zaledwie kilka tygodni po zwycięstwie został oskarżony o gwałt na osiemnastolatce.
Głośny i wyjątkowo medialny proces śledził cały świat. Pięściarz wszystkiego się wypierał i twierdził, że to spisek, który ma na celu wyłudzenie pieniędzy. Ostatecznie został skazany na sześć lat więzienia.
Ze względu na dobre sprawowanie przesiedział niespełna cztery lata. Przez ten czas nie mógł oczywiście normalnie trenować i właściwie po wyjściu na wolność był cieniem dawnego króla nokautu.