Pociąg na trybunach, a może stojący przy linii bocznej i nie mogący doczekać się wejścia na boisko Jakub Błaszczykowski? – piłkarskie mistrzostwa świata obfitowały w szereg zaskakujących sytuacji.
Kolejowa loża VIP
Najbardziej zaskakujący mundialowy obrazek? To chyba pociąg na... trybunach. Niewiarygodne! A jednak! W roku 1954, podczas turnieju w Szwajcarii, na stadion w Bazylei wjechał cały skład, a kibice oglądali mecz z okien. To nie tak, że pociąg sobie przez chwilę jechał po nasypie wzdłuż stadionu. To był specjalny mundialowy skład. Nazywał się Kost Stadion-Express. Stadion Sankt-Jakob położony był w niecce, poniżej wału ziemnego, po którym szły tory, więc kupowało się bilet i oglądało mecz, całe 90 minut, z okien wagonów, jak dziś z loży VIP. Na pomysł wpadł jeden ze sklepów sportowych w Bazylei. Dziewięć najnowocześniejszych wagonów stało tak na spotkaniu RFN – Węgry (mecz grupowy). Podobno sprzedano 500 miejscówek, ale chętnych było znacznie więcej, bo bilety na normalne trybuny, aż 56 tysięcy, rozeszły się jak ciepłe bułeczki.
Trenerska głupota?
Spośród decyzji personalnych najdziwniejszy był chyba legendarnego Leônidasa w półfinale przeciwko Włochom w 1938 roku. Brazylia celowała wtedy w swój pierwszy tytuł mistrza świata, a Leonidas w meczach z Polską (6:5) i Czechosłowacją (ten mecz po remisie 1:1 był powtarzany i Brazylia wygrała 2:1) zdobył łącznie 5 bramek. Lecz w półfinale gwiazdora zabrakło. Do dziś krążą o tym opowieści, bo trener Brazylii Ademar Pimenta na prawo i lewo ogłaszał wtedy, że oszczędza Leônidasa... na wielki finał. Potem oskarżano trenera o lekkomyślność, obwiniano o zaprzepaszczenie wyjątkowej szansy. Niewystawienie Leônidasa przeciwko Włochom stało się wręcz symbolem trenerskiej głupoty.
Lecz w rzeczywistości Pimenta robił wtedy tylko dobrą minę do złej gry. Do ostatniej chwili miał bowiem nadzieję na występ swego asa. A nie wystawił go z przymusu, bo zawodnik, kontuzjowany i poobijany z Czechosłowacją, po prostu nie za bardzo nadawał się do walki. Brazylia przegrała z Włochami 1:2 i grała tylko o trzecie miejsce ze Szwecją. Zwycięstwo 4:2 dało brązowy medal, a co ciekawe, Leonidas ponownie się wtedy pojawił, wbił nawet dwa gole i został królem strzelców MŚ 1938. Do dziś trwają więc spory, dlaczego nie grał z Włochami, bo nawet nie do końca sprawny bardzo by się przydał. Brazylia wypuściła wtedy z rąk pierwszy tytuł - zdobyła go dopiero 20 lat później, w 1958 roku. A trener Pimenta, niezależnie jak naprawdę było, stał się symbolem lekkomyślności.
Zmiany bez zmian
Statystycy do dziś toczą boje, czy w 1970 roku na mundialu w Meksyku doszło do zmiany w składzie Brazylii w meczu z Czechosłowacją. Mecz był transmitowany, więc niby wszystko powinno być jasne. Ale kamery nie pokazały dobrze tego momentu i jedni twierdzą, że w 89. minucie za Piazzę wbiegł Fontana, a inni, że wcale nie. A wyglądało to tak: tuż przed końcem meczu kontuzjowany Piazza poprosił o zastępstwo. Fontana był przygotowany, zmianę zgłoszono już do sędziego. Ale gra się toczyła, nie było przerw ani fauli. Fontana czekał więc sobie przy linii bocznej aż do momentu, gdy sędzia odgwizdał koniec meczu. Miała być zmiana, ale wcale jej nie było.
Warto to przypomnieć, bo podobna sytuacja zaszła w meczu Polski z Japonią w Rosji w 2018 roku. I to był chyba najdziwniejszy moment w historii występów Biało-Czerwonych. Cała końcówka spotkania w Wołgogradzie była zadziwiająca, u niektórych budziła nawet zażenowanie. Prowadziliśmy od 59. minuty po golu Jana Bednarka, ale Japończycy – walczący o awans do fazy pucharowej – nagle stanęli. W równoległym spotkaniu Kolumbia objęła bowiem prowadzenie 1:0 z Senegalem. To był dla Japonii układ idealny – mieli awans kosztem Senegalu, pod warunkiem, że nie stracą już żadnej bramki, a przede wszystkim nie zobaczą też żadnych kartek za ostrą grę (liczyła się bowiem klasyfikacja fair play – Japonia i Senegal miały tyle samo punktów i identyczny bilans bramkowy, ale Senegal miał aż 6 żółtych kartek na koncie, a Japonia tylko cztery).
Japończycy podawali więc sobie piłkę, a Polacy im w tym nie przeszkadzali. Kumulacją była niedoszła zmiana Jakuba Błaszczykowskiego. Miał on wbiec na boisko w doliczonym czasie i w swoim meczu numer 101 symbolicznie pożegnać się w reprezentacyjnej koszulce z mundialem. Nie było jednak przerw w grze, Polacy nie atakowali Japończyków, nie próbowali odebrać im piłki. Za to, na sygnał trenera Adama Nawałki, Kamil Grosicki zaczął... symulować kontuzję i położył się na boisku. Japończycy zwlekali jednak z wybiciem piłki, a gdy już chcieli to zrobić, sędzia... zakończył spotkanie.
Słynne stało się wystąpienie trenera Nawałki na pomeczowej konferencji: "Dla nas się liczyły się trzy punkty. Owszem, wynik był satysfakcjonujący dla drużyny Japonii, natomiast my cały czas mieliśmy w planie grę w niskim pressingu, przyjmowanie przeciwnika na swojej połowie i wyprowadzanie szybkich kontr" – mówił selekcjoner. Ów "niski pressing" stał się niesławnym symbolem polskiego startu w Rosji. Szkoda było tylko Jakuba Błaszczykowskiego, który nawet na sekundę nie pojawił się na boisku.
Więcej podobnych historii można przeczytać w książce "Historia mundiali", której pierwszy tom o turniejach z lat 1930-74 niedawno się ukazał.
Kontenery się przydały. Katar pomaga ofiarom trzęsienia ziemi
Meksykanie ukarani przez FIFA za mecz z Polską na MŚ
Rywale ukarani. Muszą zapłacić za zachowanie w trakcie meczu z Polakami
Argentyńczyk ujawnia: przy 0:1 Polak poprosił mnie, by więcej nie strzelać
Ale numer! Messi pozował do zdjęć z... podróbką pucharu
Nagroda nie dla Marciniaka! Na mundialu najlepszy był inny sędzia
Szał na punkcie koszulek Argentyny. Chcesz kupić? Poczekasz długo
"Aż spadłem z łóżka..." Francuski sędzia ocenił pracę Marciniaka
Każdy będzie mógł zobaczyć... łóżko Messiego. Gratka dla kibiców!