Sędzia powiedział wprost: musiałem cię wyrzucić, gdzie wy do Ekstraklasy? Temat reprezentacji skończył się podobnie: Zenek, ale gdzie ty do kadry? Dostałem srebrną piłkę, która była ponoć warta tyle, co nowy "Maluch" – wspomina Zenon Burzawa, król strzelców sezonu 93/94, w rozmowie z TVPSPORT.PL.
Piotr Kamieniecki, TVPSPORT.PL: – Złoty but wciąż stoi na półce? Nagroda była ponoć warta sto milionów starych złotych.
Zenon Burzawa: – Złoty but okazał się miniaturką. Ale całkiem ciekawie zrobioną. Ponoć jest z prawdziwego złota. Mam też srebrną piłkę. Mówili, że jest warta tyle, co nowy "Maluch". Zupełnie w to nie wierzę. Kiedyś dostałem też wielką butlę szampana. Pięć litrów na solidnym stojaku. To była nagroda za tytuł króla strzelców.
– Zenon Burzawa legendą Gorzowa Wielkopolskiego?
– Wielu kibiców mnie tak nazywa. Spędziłem kilkanaście lat w klubie z Gorzowa Wielkopolskiego, choć nie zastanawiam się czy zasługuję na miano legendy. Stilon miał dobre lata, potrafił grać o Ekstraklasę i wtedy ludzie potrafili podejść, porozmawiać albo wskazać na ulicy palcem, że "Zenek akurat idzie". Wiele osób pytało o zdrowie, albo o to, jak idzie w Ekstraklasie w Pniewach. To było miłe, ale nigdy za tym nie zatęskniłem.
– W dzisiejszych realiach nikt regularnie strzelający gole, nie spędziłby tylu lat w niższych ligach.
– Czasy się zmieniły. W przeszłości o transferze decydował tylko klub. Teraz otworzyło się znacznie więcej opcji. Kończąca się umowa daje zawodnikowi dowolność w wyborze następnego pracodawcy. Teraz każdy, kto strzeli kilka goli, dostaje oferty. W moich czasach szczytem było zainteresowanie polskich klubów. W momencie gry dla Stilonu, pojawiały się propozycje z Ruchu Chorzów czy Pogoni Szczecin. O niektórych opcjach mogłem nawet nie wiedzieć. Chciałem grać w najwyższej lidze, ale wszystko rozbijało się o oczekiwania klubu. Sam też nie naciskałem, na nikogo się nie obrażałem i nie groziłem, że przestanę grać. Najważniejsza była piłka.
– W rodzinnych stronach było za dobrze?
– Nigdy nie marzyło mi się jeżdżenie po świecie. Zawsze byłem domatorem, który skupiał się na rodzinie. Jak już wyjechałem z Polski, to skończyło się niewypałem. Los chciał mnie złączyć z naszym krajem, a zwłaszcza z Gorzowem Wielkopolskim.
– Może w Gorzowie zatrzymywała dobra atmosfera w drużynie?
– Jestem teraz trenerem i muszę przyznać, że nie wnikam szczególnie w to, co zawodnicy robią w wolnym czasie. A w Stilonie... Mieliśmy fajną ekipę. Lubiliśmy się poza boiskiem, co przekładało się na grę. Nie było tarć, nie było iskier. Przez wiele lat byłem kapitanem zespołu i nie mieliśmy kłopotów, nie byliśmy podzieleni. Atmosfera była świetna i dbałem, by nie było inaczej. Po meczu mogliśmy pójść do restauracji, na dyskotekę czy do domów, gdzie spotykaliśmy się całymi rodzinami. Ale była jedna zasada: piwo dopiero po meczu. To dawało czas na wypoczynek.
– Droga Stilonu w pewnym momencie wiodła w kierunku Ekstraklasy, ale skończyło się porażką z Widzewem i czerwoną kartką…
– Trudno tego nie pamiętać, choć mecz odbywał się w 1991 roku… Sędzia Kostrzewski wyrzucił mnie z boiska, ale czasy były takie, że arbitrzy robili co chcieli. Najpierw podyktował rzut karny, który wskazać musiała mu chyba wola nieba. Wyleciałem z boiska, bo obawiano się, że zrobię rywalom krzywdę. Koledzy starali się polemizować z decyzją sędziego, odsuwałem chłopaków, a przy tym stwierdziłem, że muszą przestać, bo z czarną mafią się nie wygra. Pan Kostrzewski był rudy, ale chyba dotknęły go moje słowa.
– Był epilog?
– Spotkaliśmy się po latach i szanujemy się, ale… powiedział mi kilka słów wprost. "Zeniu, gdzie wy chcieliście walczyć z Widzewem o ekstraklasę!? Bali się ciebie i musiałem wyrzucić cię z boiska".
Widzieliśmy się potem na meczu GKP Gorzów z Legią w Pucharze Polski. Pełnił wtedy rolę obserwatora i wszyscy byli zdziwieni widząc, jak serdecznie się witamy.
– Piłka nie zawsze wygrywała.
– W takim środowisku żyliśmy. Po latach człowiek się dowiaduje o pewnych rzeczach. Dopiero teraz wiem, że jeśli arbiter nie został odpowiednio ugoszczony dzień przed meczem, to trudno było liczyć na normalne sędziowanie. Dobra kolacja była niezbędna.
– Często na boisku było wrażenie, że coś się nie zgadza, że spotkanie toczy się w dziwny sposób?
– Przed meczem często powtarzało się pewne zdanie. "Oby nas nie skręcili". Ale na boisku już się o tym nie było. Inna sprawa, że w trakcie wyjazdowych spotkań zdarzały się sytuacje, w których dyktowano dziwne rzuty karne czy ktoś sam się przewrócił i odgwizdywano faul. Rzeczywistość była taka, a nie inna.
– Nie udało się też uniknąć oskarżeń o sprzedany mecz. W 1996 roku przegraliście z Lechią Zielona Góra, która walczyła o utrzymanie. A to przecież prawie jak święta wojna.
– Mnóstwo legend krążyło po meczu. Nie brakowało zdań, że wzięliśmy pieniądze od rywali. Ale wszystko przez to, że mecze pomiędzy klubami z Zielonej Góry i Gorzowa Wielkopolskiego są niczym wojna. Niezależnie czy to piłka nożna czy żużel, konflikt jest. Wówczas prowadziliśmy 2:0, sam strzeliłem pierwszego gola, ale stanęło na 2:3. Jak to się nieszczęśliwie ułożyło… Popełniliśmy za dużo błędów, ale legenda poszła w eter. Jeden opowiadał drugiemu, ten trzeciemu, a każdy zaczynał coś dopowiadać. Szkoda już to tłumaczyć… Każdy był oskarżony, choć cała sytuacja była po prostu przykra. Jakbyśmy przegrali z innym rywalem, to nic by się nie stało, ale historia rosła dlatego, że wszystko wydarzyło się w Zielonej Górze. Nawet nie wiem, kiedy ta wojna się rozpoczęła. Wszyscy są do siebie wrogo nastawieni, choć z roku na rok, "ostrych" numerów jest coraz mniej.
– Transfer do Miliardera z Pniew brzmiał dumnie. Zwłaszcza kusił ten miliard.
– Dwa razy próbowałem awansować ze Stilonem do najwyższej klasy rozgrywkowej. Jak byliśmy już bardzo blisko, to mam prawo podejrzewać kilka kwestii. Być może niektórym zawodnikom nie było z tym po drodze… Zdecydowałem się na transfer do Pniew, który był przekonany, że ze mną i kilkoma nowymi zawodnikami, uda się awansować. A Miliarder? Nazwa myliła. Sam nie zarabiałem wcale wielkich pieniędzy. Miałem już swoje lata i chciałem na koniec zasmakować Ekstraklasy. I udało się awansować, choć nie obyło się bez pretensji w Gorzowie Wielkopolskim.
– Kibice dali o sobie znać?
– Nie byli zadowoleni z transferu. Na murze napisano "zdrajca". Gwizdów też się nasłuchałem. Ale traktowałem to w kwestii pracy. Strzeliłem gola w Gorzowie Wielkopolskim i może to dobrze, że trener ściągnął mnie z boiska pod koniec meczu. Wygraliśmy 3:2 i… zaczęły się plotki, że wynik jest podejrzany. Zaczęto się doszukiwać mojego wpływu. Sugerowano, że odpowiednio porozmawiałem z kolegami z byłej drużyny. Przypięcie łatki nie sprawiało wielu osobom żadnego problemu. Wszyscy myśleli, że przyjechali Miliarderzy i załatwili sobie awans. Ale taki z nas naród – lubimy szukać spisków.
– Był awans, był sezon życia. Jedyny spędzony w Ekstraklasie.
– Zawsze potrafiłem strzelać. To strzelałem też w Pniewach. Inna sprawa, że po prostu dobrze trafiłem, szybko zrozumiałem się z kolegami z zespołu. Wiele bramek zdobyłem dzięki podaniom bardzo dobrych kolegów. Wszyscy starali się stwarzać mi jak najlepsze sytuacje. Każdy widział korzyść: strzelaliśmy gole, wygrywaliśmy i… zarabialiśmy dzięki premiom. Podanie było jak inwestycja, a bramka była profitem. Po latach zdarza mi się oglądać niektóre mecze z sezonu 1993/1994. Słaba jakość, ale… czasami nie wierzę, że tak to wychodziło. Komicznie wyglądały moje trafienia głową. Kryli mnie rywale wyżsi o głowę, a i tak udawało się ich przeskoczyć.
– Zenon Burzawa pierwowzorem Tomasza Frankowskiego?
– Coś w tym jest. Większość goli strzelałem będąc w polu karnym. Rzadkością były uderzenia zza "szesnastki". Bozia dała dar, który starałem się doszlifować poprzez spryt, zwrotność, szybkość i technikę. Byłem przy tym dość chytrym napastnikiem.
– Różnica taka, że Frankowski dostał za tytuł króla strzelców zapewne coś cenniejszego niż duża butelka szampana.
– Pewnie tak… Cieszyłem się, że w ogóle grałem w Ekstraklasie i udało się wyjść z cienia. Od razu po awansie pobiłem wszystkich rywali. Kilku ciekawych napastników przecież grało w lidze, a ja od razu strzeliłem więcej goli niż Wojciech Kowalczyk czy Jerzy Podbrożny. Sukces był tym większy, że udało się tego dokonać z przeciętnym zespołem, który skończył sezon na dziesiątym miejscu. Satysfakcja była wielka. Każdemu piłkarzowi życzę, by mógł kiedyś przeżyć takie chwile. Ale poza tym, że niezbędna jest dawka szczęścia, to najważniejsza była praca. Czasem cierpiała przez to rodzina, ale udało się dokonać czegoś wyjątkowego.
– Drużyna była dość ciekawa. Grał pan razem z Tomaszem Rząsą czy Normanem Mapezą, który potem odnalazł się zwłaszcza w lidze tureckiej.
– Szybko zaczęły dochodzić głosy, że klub nie będzie długo istniał. Mówiło się nawet o wycofaniu rozgrywek. Udało się skończyć pierwszy sezon i rozpocząć drugi. Ale dla mnie to był też początek końca w Ekstraklasie. Przyjechali Francuzi, po jednym meczu weszli do biur prezesa i po godzinie wszystko było już dogadane.
– Wyjazd do francuskiego AS Lyon-Duchere miał być finansowym zastrzykiem czy chęcią sprawdzenia się w innej lidze?
– Przede wszystkim, to cała sprawa była dziwna. Dyrektor sportowy zaprosił mnie do gabinetu, wytłumaczył sytuację i przedstawił propozycję. Usłyszałem wprost, że byłoby lepiej, gdybym trafił do Francji. Nawet wykupiono już bilet lotniczy. Mecz w sobotę, wyjazd na lotnisko w niedzielę. Warunki finansowe były lepsze niż w Polsce, ale… ostatecznie nigdy do tego nie doszło.
– Dlaczego?
– Miałem dostać przelew z okazji podpisania kontraktu. Ale pieniądze nigdy do mnie nie trafiły. Potem pojawiły się problemy prawne. Usłyszałem, że nie miałem pozwolenia na pracę. Skończyło się tak, że wracałem do Polski na własny koszt. Zagrałem kilka meczów w trzeciej lidze francuskiej, a na dodatek pierwszy raz w życiu doznałem kontuzji mięśnia dwugłowego. Najgorzej, gdy człowiek jedzie do innego kraju i nie zna języka. Zdążyłem poznać Polkę, która mocno pomogła mnie i całej rodzinie.
Pewnego razu pojechaliśmy do banku, gdzie chciałem dostać dokumenty dotyczące przelewu. Nikt nie był w stanie potwierdzić, że pieniądze w ogóle poszły w obieg. Dzwoniłem do Tadeusza Fogiela, wówczas mojego menedżera, który twierdził, że to pomyłka. Ale pomyłki nie było. Nie ma sensu po latach wracać mocniej do tego tematu. Cała sytuacja nie była jednak najprzyjemniejsza.
– A przed grą we Francji media przymierzały pana nawet do reprezentacji Polski.
– Powołania ostatecznie nie dostałem, a po latach wyszło na to, że powód był dość prozaiczny. Znowu o wszystkim dowiedziałem się po latach, gdy przy okazji balu piłkarza spotkałem się z Mieczysławem Broniszewskim. W czasach, gdy grałem w Sokole, był asystentem selekcjonera Apostela. Media domagały się szansy dla Burzawy w meczu towarzyskim z Węgrami. Spytałem Broniszewskiego, czemu nic nie wyszło.
"Zenek, no co ty? Gdzie ty się chciałeś wepchnąć? Czy ty wiesz, co by z tego wyszło? A jakbyś jeszcze strzelił ze dwa gole? Co z Juskowiakiem i innymi kadrowiczami, na ławkę mielibyśmy ich posadzić? Mógłbyś narobić bałaganu". Tyle usłyszałem. Selekcjoner miał swoich zawodników i nikt nie chciał pozwolić, by 33-latek strzelił, nie daj Boże, dwa gole. Skończyło się na występie w kadrze B.
– Straszne czasy?
– Sport nie zawsze był na pierwszym miejscu. Dopiero po latach wszystko zaczęło się prostować. Teraz jest normalnie, choć i tak życie potrafi przynieść niespodzianki. Jak inaczej nazwać koronawirusa? Nagle trzeba było przerwać rozgrywki. Nie można grać, nie można trenować…
– Jest pan członkiem zarządu Lubuskiego Związku Piłki Nożnej. Uważa pan, że powinno się grać dalej czy trzeba zakończyć rozgrywki w niższych ligach?
– Od trzeciej ligi w dół nie ma już sensu grać. Zostaje pytanie, co zrobić z awansami i spadkami. Jednym z wariantów jest to, by promocje i relegacje doszły do skutku według obecnych tabeli. Drugą opcją są awanse, ale bez spadków. Wydaje mi się, że to najrozsądniejsze możliwości. Nie wierzę, że możemy dograć sezon do końca. Runda wiosenna w ogóle się nie rozpoczęła, nie ma sytuacji, w której do końca rywalizacji pozostało tylko kilka meczów. Wcześniej był wariant podzielenia rozgrywek na grupy i rozegranie na przykład ośmiu meczów. Ale nie da rady tego zrobić.
– Zapomnijmy znów o pandemii. Porozmawiajmy jeszcze o piłce. Słusznie wielu krytykuje teraz charaktery obecnego pokolenia piłkarzy? Jest im łatwiej czy trudniej, bo i konkurencja jest znacznie większa?
– Łatwiej pod względem tego, że wystarczy kilka dobrych meczów i każdy gracz ma już menedżera. Kiedyś kłóciłem się z przyjacielem ze Stilonu o porównanie poziomu piłki w przeszłości i teraźniejszości. Jest przekonany, że byliśmy lepsi. Ale ja się nie zgadzam. Futbol jest teraz szybszy. Nasza technika niewiele mogłaby teraz zmienić. Szybkość rozgrywania akcji jest diametralnie inna. Treningi także się różnią. Kiedyś się po prostu goniło, a teraz wszystko jest dokładnie wyliczone, prowadzone są badania. To inny świat piłki, który zdecydowanie bardziej mi się podoba.
– Nie ma już biegania po górach w ramach zgrupowań.
– Ale paradoks jest taki, że nie mieliśmy kłopotów, by zagrać w europejskich pucharach. Całkiem dobrze to wyglądało. A teraz jest dramat. Gdzieś jest przyczyna takiego stanu rzeczy. Składy drużyn były złożone przede wszystkim z Polaków. Każdy może wybrać, kiedy futbol był lepszy, a kiedy gorszy. Może świat nieco nam uciekł? A jednak mamy kilku zawodników, którzy doskonale sobie radzą w świetnych klubach na zachodzie.
– Kariera skończyła się boleśnie, bo przez złamanie nogi. Nie zmienia to faktu, że do czterdziestych urodzin było już coraz bliżej.
– Złamałem nogę na rozruchu przed meczem… Zderzyłem się, dość fatalnie, z dwoma stoperami własnego zespołu. Padał deszcz, było ślisko. Do dziś pamiętam, że to było 28 października. Szczęścia próżno w tym szukać. Noga "trzasnęła" i miałem rok gry z głowy. Przez chwilę próbowałem wrócić, ale uznałem, że nie ma sensu ryzykować. Trzeba było pożegnać się z piłką na boisku, choć zostałem przy niej w innych rolach. Najpierw byłem kierownikiem, potem trenerem i w tym zawodzie pracuję do dziś.
– A teraz przyszedł czas na pracę w Starym Kurowie…
– Związałem się z klubem, który trzeba było uratować przed spadkiem z ligi okręgowej. A teraz jesteśmy beniaminkiem czwartej ligi. Przed koronawirusem byliśmy na dziesiątym miejscu. Nie grozi nam spadek, ale awans również nie. Spodziewano się, że będziemy chłopcami do bicia, a jednak potrafimy utrzymać się w środku stawki. Pozbierałem zespół, w którym nie brakuje teraz starszych zawodników. Przy odrobinie szczęścia moglibyśmy mieć nawet ponad dwadzieścia punktów.
– Czyta pan zawodnikom wiersze na swój temat?
– Nigdy nie chciałem się wywyższać, mówić, ile to ja nie nastrzelałem. Nigdy też nie życzyłem ludziom źle, a wręcz przeciwnie. Jakoś tak przez lata, dzięki Bogu, wyszło. Zawsze można było zrobić coś lepiej, ale… żadnej decyzji nie żałuję. Mogłem nie jechać do Francji, ale dostałem nauczkę. Wolę cieszyć się z tego, co udało się osiągnąć. A w życiu? Pisali o mnie, śpiewali… I faktycznie, do dziś pozostał mi w domu tomik wierszy o Zenonie Burzawie.
Zenon Burzawa – Urodził się w 1961 roku w Gorzowie Wielkopolskim. Przez lata był związany z lokalnym Stilonem, dla którego strzelił ponad sto goli. W trakcie kariery grał też w Pogoni Barlinek czy Aluminium Konin. Był jednym z najskuteczniejszych graczy drugiej ligi. W ekstraklasie rozegrał jeden pełny sezon. W 1994 roku został królem strzelców zdobywając 21 bramek w 33 spotkaniach. Nigdy nie zagrał w polskiej kadrze. Dziś jest członkiem zarządu LZPN i trenerem czwartoligowego GKS-u Stare Kurowo.